Ku utrapieniu opozycji, naturalną inicjatywę ma strona rządowa. Premier Donald Tusk zapowiedział zgłoszenie na forum UE projektu unii energetycznej, a wicepremier Janusz Piechociński doprecyzował, że rozumie pod tym terminem zacieśnianie połączeń infrastrukturalnych.
Odmienianie energetyki przez wszystkie przypadki to w polityce nic nowego. Od lat stała się ona tematem numer jeden międzynarodowych szczytów, forów, konferencji. Pamiętam dobrze np. nadzwyczajny szczyt energetyczny Unii Europejskiej, zorganizowany jesienią 2006 r. przez prezydencję fińską w centrum u stóp skoczni narciarskich w Lahti. Najważniejszym mówcą był goszczący tam… prezydent Władimir Putin. Starał się wtedy rozwiać unijne obawy o jego wiarygodność jako dostawcy surowców energetycznych, przyznając dość szczerze, że Rosja po prostu… musi je sprzedawać, bo nie ma innego źródła pieniędzy.
Od Lahti upłynęło prawie osiem lat, a w naszej części UE rzeczywistość niewiele się zmieniła. Główne połączenia nadal przebiegają równoleżnikowo ze wschodu na zachód. Ba, dochodzą nowe, takie jak ułożony na dnie Bałtyku rosyjsko-niemiecki gazociąg Nord Stream. Niestety, żadnej solidarności nie wykazuje Grupa Wyszehradzka, której członkowie pozbawieni dostępu do morza pogłębiają dwustronne relacje energetyczne z Rosją. A Władimirowi Putinowi wszystko jedno, czy je mu z ręki ostro prawicowy węgierski premier Viktor Orban, czy słowacki lewicowy populista Robert Fico. Nawet po Krymie prezydent Rosji nie usłyszy słowa o jakichś tam sankcjach także od lewicowej ekipy rzadzącej w Czechach. Takie są realia wyjściowe unii energetycznej w najbliższej okolicy Polski, a co mówić dalej…