Walczysz? Szukasz emocji w samochodach? Jeśli należysz do rebeliantów, wiedz, że rebelia nie ma szans na powodzenie. To walka z wiatrakami. Mimo to masz mnie po swojej stronie. Zawsze poruszała mnie historia Don Kichota. Poruszała, bo w motoryzacji sam jestem jak rycerz smętnego oblicza. Dulcynea tylko inna. I żaden Sancho Pansa mnie nie wspiera. I konia nie mam. I coraz mniej sił. I muszę zacząć się przyzwyczajać.
Oddychanie pod wodą
Rynek motoryzacyjny nieustannie się zmienia. Zmieniają się oczekiwania klientów, zmieniają się przepisy. Moda się zmienia. Tendencje. Obiekty pożądania. Kanony piękna. Priorytety. Cele. Zmienić się więc muszą i produkty. No i się zmieniają. Tyle, że mnie się te zmiany bardzo nie podobają. Interesują, ale kompletnie się nie podobają. Obiektywnie rzecz biorąc, w nowoczesnych samochodach chodzi o to, by było łatwiej bezpieczniej, taniej. Przynajmniej oficjalnie. Chodzi też o to, by przez owe ułatwienia znaleźć więcej nabywców. Autem może jeździć każdy. Bez względu na wiek, doświadczenie, płeć czy cokolwiek innego. Zero ograniczeń. Czemu więc się czepiam? Przecież nie ma w tym nic złego. Ano jest. Dulcyneę mi porwali. I choć to kompletnie bez sensu, wciąż jej szukam (informacja dla żony: Dulcynea nie jest moją „koleżanką”, która się zgubiła. To metafora, żono kochana. Tak tylko wyjaśniam, żeby nie było…). Zagmatwałem? To inaczej. Cały rynek motoryzacyjny zanurzył się pod wodę. To, co stare, zostało gdzieś na powierzchni. Ja zanurzyłem się razem z rynkiem. Z tym, że oddychać to ja chcę po staremu… płucami. Strasznie nie do twarzy mi w skrzelach. Nie po drodze mi z trzycylindrowymi silnikami, hybrydami, downsizingiem czy autami elektrycznymi.
Tęsknię za plującymi ogniem silnikami HEMI, potężnymi v12, v8 czy chociażby v6. Szlocham za silnikami doładowanymi nie z konieczności, lecz z chęci dogonienia „znikającego punktu”. Doładowanymi dla mocy, doładowanymi dla ognia. Tęsknię za samochodami, z którymi się walczyło. Które nie tyle chciały ci pomóc, ile chciały cię zdominować. W których jazda do pracy była wyzwaniem, które miały humory, strzelały fochy. Zgoda: były mniej bezpieczne i mniej efektywne. Ale były też piękniejsze i napchane emocjami. Dziś auto sportowe dostarcza mniej emocji niż kompakt z lat 80. Czasy takie.
Brawura w makijażu
Co by zrobił Don Kichot, widząc hybrydę? Bez wątpienia nadziałby ją na kopię. Ja też mam na to ochotę. I to znając całą masę zalet tego typu rozwiązań. Ekonomię, osiągi, nowoczesność. Wszystko razem na jednej kopii w zamian za to samo auto z porządnie doładowanym silnikiem benzynowym. I niech pali, niech hałasuje, pluje CO 2. Tylko niech dostarczy mi choć odrobiny emocji. Dreszczu jakiegoś. Muszę kończyć tę „filozofię”. Bo właśnie wsiadam do NX. Modelu, którym Lexus chce powalczyć z BMW X3 i Audi Q5. I tak zamierzam go traktować. Jako konkurenta, a nie zaspokojenie moich potrzeb. NX to nowy kompaktowy SUV. W mojej ocenie (skrzywionej nieco donkiszoterią) jest z wymienionej trójki najciekawszy stylistycznie. Wyraziste wzornictwo, ostre linie i niepowtarzalny rysunek świateł dziennych. Aparycja oczywiście może się nie podobać, ale nie pozostawia obojętnym. Jest po prostu „jakaś”. To w dzisiejszych czasach ogromny plus. Brawurowa stylistyka powala konkurencję. W nowym Lexusie nie sposób trafić na fragment nadwozia, który nie jest mocno wyrzeźbiony, wygięty lub przecięty krawędzią ostrą jak brzytwa. W wersji F Sport przód samochodu jest jeszcze bardziej dynamiczny. Duże brawa za odwagę dla szefostwa Lexusa. Mało kto się chyba spodziewał, że wersja produkcyjna może się tak niewiele różnić od modelu koncepcyjnego. Nie gorzej jest w środku. Wzornictwo nadąża za zewnętrznym. Do tego wysokiej jakości materiały. Skóra okrywająca deskę rozdzielczą jest fantastycznej jakości, aż grzechem byłoby jej nie dotykać. Równie przyjemne jest wykończenie skórzanych foteli. Tylną kanapę wyposażono w regulację pochylenia oparć. Opcjonalnie mechanizm jest napędzany elektrycznie i daje możliwość zdalnego składania i rozkładania siedzeń. Na pokładzie mnóstwo użytecznej elektroniki. Można nią sterować za pośrednictwem touch pada, który zastąpił dotychczas stosowany w Lexusach dżojstik. Z nowinek technicznych nie sposób nie wspomnieć o umieszczonym w podłokietniku panelu do bezprzewodowego indukcyjnego ładowania telefonów komórkowych. Na pochwałę zasługuje także tzw. cupholder, którego konstrukcja ułatwia (a raczej umożliwia) odkręcenie pozostawionej w nim butelki jedną ręką. Proste i genialne zarazem. Aż dziw, że tak niewielu konkurentów na to wpadło (jeśli w ogóle ktoś wpadł).
I co, że hybryda?
Kompaktowy SUV Lexusa można kupić z 2,5-litrowym 4-cylindrowym silnikiem benzynowym o mocy 155 KM i maksymalnym
momencie obrotowym 210 Nm. Jeśli auto ma wyłącznie napęd na przód (bo może mieć), motor jest wspomagany 143-konną jednostką elektryczną, a jeżeli wyposażono je w 4x4, to przy tylnej osi znajduje się dodatkowo 68-konny „elektryk”. Niezależnie od tego, z którą wersją mamy do czynienia, chwilę po kick-downie moc… znika gdzieś w bezstopniowej skrzyni automatycznej. Mimo to i nawet mimo głosu mojego wewnętrznego Don Kichota jakoś mnie to nie przeraża. Nowy Lexus i tak zostałby przez błędnego rycerza rozpłatany, a hybryda tu pasuje. Nawet jeśli jej moc ucieka przez bezstopniową przekładnię. Dlaczego? Bo hybryda ma być oszczędna. I jest. NX 300h spala średnio 5,2 l benzyny na 100 km, a napęd hybrydowy to — według Lexusa — gwarancja długiej i bezproblemowej jazdy bez „dwumasów” czy filtrów cząstek stałych (znanych z diesli). No cóż, nie sposób obok takich faktów przejść obojętnie. Nie sposób się też z nimi nie zgodzić. Nie sposób nie zgodzić też z tym, że większość SUV-ów nie opuszcza miasta. A to właśnie w nim hybryda sprawdza się najlepiej. Co więcej, w mieście podczas startu spod świateł nie przeszkadza nawet uciekająca moc. Gorzej, jeśli Lexusem wyjedzie się na niemiecką autostradę — przy 180 km/h zabawa się kończy. A do tego (jak ja nie znoszę tego dźwięku) ryk układu opartego na bezstopniowej przekładni. Wycie bardziej. Co na to Lexus? Jeśli chcesz szybciej jeździć, poczekaj na pierwszy doładowany silnik benzynowy Lexusa 2.0 o mocy 238 KM i maksymalnym momencie obrotowym 305 Nm. Samochód w niego wyposażony powinien się rozpędzać do setki w 7,3 s, a wskazówka prędkościomierza ma się zatrzymywać przy 200 km/h.
Dulcyneo, moja nadziejo
Przez chwilę myślałem, że ją widzę. Dylcyneę. Z turbiną. Że zapowiedź wprowadzenia do NX „uturbionego” dwulitrowego silnika benzynowego może być jakąś nadzieją. Niestety, ten nowy silnik nie oznacza wyłamania się z tendencji. Odwrotu. Oznacza… downsizing. Przecież dwa litry (jak na leksusowe standardy) to niewiele. Do tego „tylko” cztery cylindry. I „tylko” 238 KM (moje leciwe Subaru dysponuje podobną mocą). Na szczęście z nowym silnikiem nie sparowano znanej z hybryd przekładni planetarnej, która doprowadza silnik do rozpaczliwego jęczenia podczas rozpędzania. Tu zastosowano o niebo lepsze rozwiązanie nowej sekwencyjnej sześciobiegowej przekładni automatycznej. Czyli co? Ano nic. Lexus NX — jak na dzisiejsze standardy — jest świetnym samochodem. W pełni zasługuje na metkę premium. Do tego — w mojej subiektywnej ocenie — jest dużo lepiej wykonany. Może nie od Audi, ale od BMW na pewno. Nie daje dzikiej frajdy z jazdy, ale takiej nie daje żaden kompaktowy SUV. Jest do bólu poprawny. Również „politycznie”. Wyraziste wzornictwo, przyzwoita cena, ładny kokpit i bogate wyposażenie. To się może przyjąć. Jeśli jednak chcesz emocji, walki i dzikiej przyjemności, to wybacz. Musisz kupić auto co najmniej 10-letnie. Nic nie poradzę. Taki mamy klimat. Lexus jest kolejnym producentem, który odziera mnie ze złudzeń. Nadzieja umarła. Pozostaje przyzwyczaić się do emiterów dźwięku, systemów asystujących, napędów hybrydowych i małych pojemności. Czy to złe rozwiązania? Nie, w sumie piwo bezalkoholowe też jest dla ludzi.
Postscriptum
Suma jest taka. Tu i teraz Lexus XN jest świetną propozycją. Doskonale wykonanym produktem (doskonalej od konkurencji). Ma wszystkie nowoczesne technologie, nowoczesne napędy i ultraciekawy design. Żal mi tylko (choć to nie Lexusa wina), że moc NX w żadnym z proponowanych silników nie nadąży za jego piekielnie mocną aparycją. &


