Don Kichotów dwóch

Rafał Kerger
07-02-2007, 00:00

Studio Buffo: dwa lata temu omal nie zbankrutowali. Dziś wracają. Znów na fali, bez łaski samorządu, z salą pękającą w szwach i apelem: nierównej konkurencji już dość!

Kiedy Januszowie Stokłosa i Józefowicz twierdzą: w Polsce — a przynajmniej w Warszawie — jest wolny rynek usług kulturalnych, ale tylko dla konsumentów, nie dla usługodawców — należy im wierzyć. Kiedy mówią: w naszym kraju brakuje dużej sceny impresaryjnej — wierzyć im trzeba. Jeśli powtarzają: zmorą systemu kultury i sztuki są publiczne teatry — wylęgarnie ciepłych posadek dla aktorów — znów trudno z nimi polemizować.

Dlaczego? Bo kiedyś mieli wielki spektakl, nie mieli teatru. Dziś mają kilka spektakli — może nie tak wielkich — ale mają teatr: Studio Buffo, pełną salę, restaurację i szkółkę weekendową dla dzieci. Mieli też problemy. Ale się uratowali. Sami. Podatnicy nie musieli im pomagać.

 

Punkt zwrotny

Rok 2004: Józefowicz i Stokłosa kończą przygotowania do nowej premiery Studia Buffo: musicalu „Romeo i Julia”. Reżyseria: Janusz Józefowicz. Muzyka: Janusz Stokłosa, teksty: Jan Wermer. W czasie przedstawienia padać mają mocne słowa, aktorzy mają się porozumiewać młodzieżowym slangiem. Światowa prapremiera spektaklu zapowiadana jest w warszawskiej hali widowiskowej Torwar.

— To był bodaj najtrudniejszy czas w życiu teatru. W trakcie przygotowań do widowiska — które, naszym zdaniem, miało szansę stać się drugim „Metrem” — wycofała się część sponsorów. Znaleźliśmy się mocno pod kreską, przestaliśmy płacić pracownikom. Więcej: groziła nam upadłość, jesteśmy przecież spółką z o.o. i mamy tu pewne rygory — wspomina Janusz Stokłosa.

Do światowej prapremiery spektaklu doszło jednak na Torwarze 8 października 2004 roku.

— Z długów wychodziliśmy długo. Ostatnie zaległe pensje zwróciliśmy pracownikom w grudniu 2006 roku. Dopiero od tego roku jesteśmy na czysto. Niestety, jednak musimy wycofać spektakl z Torwaru, bo najzwyczajniej nas na tę halę nie stać — mówi Janusz Stokłosa.

 

Papierek lakmusowy

Historia z „Romeo i Julią” nauczyła twórców Studia Buffo kilku podstawowych rzeczy.

— Sytuacja teatrów jest papierkiem lakmusowym tego, co się dzieje w gospodarce. Kultura znajduje się na jednym z ostatnich miejsc na liście wydatków przeciętnego Polaka. Jeśli ludzie mają pieniądze na bilet do teatru, to znaczy, że ich budżety wyglądają dobrze i stać ich na wszystko inne — mówi Janusz Józefowicz.

W Polsce, zdaniem Janusza Józefowicza, brakuje też ogólnodostępnej dużej sceny impresaryjnej.

— Do naszych przedstawień potrzebujemy zwykle sporo przestrzeni. Graliśmy w Spod-ku, teraz na Torwarze. To jednak są hale sportowe, nie sceny — dodaje popularny „Józek”.

— Przygoda z „Romeo i Julią” utwierdziła nas też w przekonaniu, że w Warszawie nie do końca panuje równouprawnienie w oferowaniu kulturalnych doznań. Polityka teatralna jest tu po prostu fatalna. Miasto nie może obsługiwać ponad trzydziestu scen. My — gdy wiemy, że będziemy mieli ledwie 60-procentowe obłożenie sali — musimy spektakl odwołać. Nasi konkurenci: Syrena czy Roma, nie mają tego problemu. I tym sposobem wydatki ratusza na teatry w Warszawie wciąż rosną i w ubiegłym roku wyniosły ponad 86 milionów złotych — mówi Janusz Stokłosa.

Dokładnie 86,38 mln złotych.

 

Droga niemiecka

Żeby rozwiązać problem z teatrami w Warszawie, by tak jak kilka miesięcy temu — mimo dotacji — ich nowi widzowie, młodzi ludzie, nie zapalali przed niektórymi z nich zniczy niczym przed grobowcami, by nie tępiono w nich młodych i nowych twarzy (słynna ostatnio sprawa manifestu w Teatrze Powszechnym), należałoby zdaniem twórców Studia Buffo najpierw zlikwidować synekury, które trzymają przy życiu chory, dotowany system. Tak jak to zrobiono w Berlinie.

— Statystyczny aktor w Polsce ma 800 czy 1000 złotych etatu plus cały socjal, przy czym w swoim teatrze niewiele robi, częściej za to występuje gościnnie, bo mu się bardziej opłaca. Za gościnne występy lepiej się płaci. Natomiast porządny aktor rezygnuje z pracy na etacie, bo potrafi sobie sam poradzić — mówi Janusz Stokłosa (w jego Studiu Buffo żaden artysta nie jest na etacie).

Niemcy lata temu — zaraz po tym jak padł mur berliński — drastycznie rozwiązali problem z teatrami w Berlinie. Tam też nagle po transformacji w jednym mieście — podobnie jak dziś w Warszawie — zrobiło się za dużo scen. Było wiele teatrów brechtowskich i było wiele dużych instytucji, jak choćby legenda Schiller Theater, ale też Deutsches Theater, Schaubühne czy Volksbühne.

— Niemcy rozwiązali zespół aktorski w Schiller Theater. Zwolnili artystów, mimo że ci protestowali bite dwa dni. Były wiece. W legendarnym teatrze powstała jednak scena impresaryjna i padła decyzja, że będą tam wystawiać tylko te przedstawienia, które na to zasłużą. Podobnie jak w Schiller Theater powinno być także w niektórych teatrach w Warszawie. Utrzymywać powinno się tylko te, które rzeczywiście oferują ambitną kulturę, jak TR czy Teatr Studio — mówi Janusz Stokłosa.

Czy jednak to wszystko przełknie środowisko? Pewnie jeszcze wiele wody w Wiśle upłynie. Niemniej presja będzie coraz większa. Bo wyrwy wśród twórców są coraz bardziej widoczne. Studio Buffo nie jest już jedynym „prywaciarzem” w Warszawie — jest teatr Montownia, swoją scenę założyła Krystyna Janda, podobnego przedsięwzięcia podjął się także Emilian Kamiński.

Na koniec wypada tylko zadać sobie pytanie, co teatry powinny grać, by się utrzymać. Słowem, co trzeba pokazać i jak to opakować, by zarobić?

 

Zburzyć ściany

Józefowicz i Stokłosa mają tu doświadczenie. Najdroższy ich bilet kosztuje 150 złotych, czyli kilkakrotnie więcej niż u konkurencji, mają sklep internetowy z koszulkami i książkami.

— Trzeba być elastycznym, wsłuchiwać się w nastrój i pragnienia widza. Zatrudniając młodych aktorów — wcześniej do „Metra”, a teraz do „Romea i Julii”, pokazujemy młodemu widzowi, jak blisko jest sztuki. Na scenie są jego rówieśnicy. Dajemy sygnał: tak jak ci aktorzy, możesz do nas przyjść, masz talent, masz szansę — mówi Janusz Józefowicz.

Kluczem jest również kontakt z widzami.

— Warto mieć zróżnicowaną widownię i próbować z nią interakcji. Obalać mit świątyni pod nazwą „Teatr” i burzyć ścianę między widzami a twórcami — dodaje Janusz Stokłosa.

Wizja ciekawa. Tylko frapuje, co by na to powiedział wspaniały dyrektor Teatru Ateneum — świętej pamięci — Janusz Warmiński, który zabraniał artystom wychodzić tym samym wyjściem co widownia. Jakaś magia być w teatrze przecież musi. A może nie? n

Grant z kłopotami

Emilian Kamińskizdobył unijny grant na stworzenie prywatnego teatru. Czy dokończy adaptację swojej Kamienicy, nie wiadomo. Urząd wojewódzki — instytucja zarządzająca programem dotacji, z którym miał podpisać umowę — zażądał poręczenia weksla na cały kosztorys prac plus odsetki. Razem to prawie 8 mln zł. Kamińskiego na taki weksel nie stać.

Wielkie „Metro”

Nie byłoby teatru Studio Buffo przy Konopnickiej 6 w Warszawie bez zjawiskowego musicalu„Metro”. Po jego sukcesie Stokłosa i Józefowicz postanowili w 1992 r. założyć niezależny teatr, by choć w części uchronić odnoszący spektakularny sukces zespół musicalu. Musical pozwolił zaistnieć na polskiej scenie wielu sławnym dziś artystom, m.in. Edycie Górniak, Katarzynie Groniec i Robertowi Janowskiemu. Dotąd zagrano ponad 1200 przedstawień. Za muzykę do musicalu Stokłosa został nominowany do broadwayowskiej nagrody Tony Award. W 1998 r. muzyka „Metra” dostała podwójną platynową płytę. Pierwszą premierą wystawioną przez założycieli na deskach teatru Studio Buffo nie było jednak Metro, lecz spektakl „Do grającej szafy grosik wrzuć” z Edytą Górniak, Katarzyną Groniec i Barbarą Melzer.

Miliony na scenę

86 380

tys. złTyle w 2006 roku wydało miasto stołeczne Warszawa na wsparcie ponad 30 teatrów. Z tych pieniędzy dofinansowano ledwie garstkę niezależnych spektakli, nierobionych przez teatry miejskie. W 2005 roku warszawskie sceny dostały 4 miliony mniej (ponad 82 miliony złotych). Dla porównania 86 milionów złotych to średni roczny budżet pięćdziesięciotysięcznego miasta.

Z biografii twórców

Kiedyś Janusz Stokłosa powiedział o sobie i „Józku”: „Dojrzewamy w przyjaźni. Kiedyś zdenerwowany Janusz, nie chcąc mi zrobić krzywdy — bo jest większy i silniejszy — walił pięścią w drzwi, robiąc dziurę. Kiedy indziej dostaliśmy na imieniny tort — mamy to samo imię — i obaj wsadziliśmy głowy w ten tort: taka jest rozpiętość naszej zażyłości. Mamy prawie identyczne wartości, ambicje, stosunek do pracy”. Stokłosa ma 53 lata,JanuszJózefowiczpięć lat mniej. Stokłosa to pianista i kompozytor urodzony w Rabce, absolwent Katedry Teorii i Historii Muzyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jest autorem ponad 150 partytur muzyki teatralnej i filmowej. Józefowicz to choreograf, aktor, scenarzysta i reżyser ze Świecia nad Wisłą, kończył Państwową Wyższą Szkołę Teatralną w Warszawie.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Rafał Kerger

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Kariera / / Don Kichotów dwóch