Dopiero budżet może naprawdę skłócić Unię

Jacek Zalewski
opublikowano: 2004-02-12 00:00

Pierwsze budżetowe przymiarki Unii Europejskiej na okres 2007-13 tchnęły w nas ogromny zastrzyk optymizmu. Z pobieżnych wyliczeń Polsce wyszedł tak gigantyczny zysk — ponad 76 mld euro! — że wszystkim złowieszczącym, iż będziemy płatnikiem netto, szczęki poopadały z wrażenia. Jednak dla ostudzenia euforii, należy podkreślić, że warunkiem koniecznym absorpcji funduszy unijnych jest wygospodarowanie porównywalnych środków w budżetach narodowych — a z tym może być u nas gorzej... Poza tym projekt Komisji Europejskiej, przedstawiony we wtorek Parlamentowi Europejskiemu, można uznać za odpowiednik planów finansowych składanych w Polsce przez tzw. budżetowe święte krowy, czyli instytucje nie interesujące się źródłami pokrycia ich wydatków.

Zasadą postępowania takich świętych krów jest ustawianie kwotowej poprzeczki jak najwyżej, aby było z czego ścinać. Unijni płatnicy netto (patrz diagram obok) od pierwszego dnia debaty budżetowej zamierzają solidarnie ukrócić mocarstwowe zapędy eurokomisarzy. Przy okazji kolejny raz powróci temat tzw. rabatu brytyjskiego, czyli nadzwyczajnego przywileju finansowego Zjednoczonego Królestwa. Nikt już nie chce za Brytyjczyków płacić, natomiast dla nich nie do przyjęcia jest zrezygnowanie z rabatu, albowiem w UE raz uzyskanych korzyści nigdy się nie oddaje! Notabene — jest to wskazówka, jak mamy dalej postępować w sprawie nicejskiego systemu głosów ważonych...

Z punktu widzenia Polski ważne są oczywiście nie tylko kwoty unijnych subwencji, ale także ich przeznaczenie. Dla nas znaczenie strategiczne ma utrzymanie funduszy strukturalnych i spójnościowych. Ponieważ unijną średnią cywilizacyjną Polska może dogonić dopiero za kilkadziesiąt lat, przez cały ten okres korzystalibyśmy ze środków przeznaczonych właśnie na wyrównywanie dysproporcji. Tymczasem unijna czołówka zdecydowanie wolałaby skierować jak najwięcej pieniędzy na tzw. fundusz wzrostu, czyli na najnowsze technologie i innowacyjność — aby nasz kontynent utrzymał się w globalnej konkurencji z Ameryką Północną oraz obszarem Pacyfiku.

Dlatego w pierwszym okresie po wejściu do UE trzeba zachować czujność i nie dać się nabrać na ponętną propozycję skierowania całości funduszy strukturalnych i spójnościowych tylko do nowych państw członkowskich, ale za to przez krótki okres. Większość pomocowych pieniędzy pozostałaby tylko na papierze — ze względu na niemożność ich przerobienia — a potem by się urwały. Poza tym jako pełnoprawni, od 1 maja, obywatele Unii powinniśmy popierać rozwój biedniejszych regionów zarówno Polski czy Słowacji, jak i Grecji czy Portugalii...

Wszystko to razem zapowiada, że debata nad „wieloletnimi ramami finansowymi” — bo tak nazywa się unijny plan finansowy na lata 2007-13, rozpisywany potem na konkretne, roczne budżety — może potrwać nawet dwa lata i będzie bardziej burzliwa niż spory wokół Konstytucji. Ciekawe na przykład, czy Polsce uda się podtrzymać sojusz z Hiszpanią — rzut oka na powyższy diagram potwierdza, że akurat w kwestiach dostępu do środków budżetowych będzie to nasz największy, naturalny konkurent...