Dostępne nawet dla Panów

Jacek Zalewski
opublikowano: 05-09-2003, 00:00

Dolomity (na zdjęciu powyżej — ich panorama ze szczytu Tofana di Mezzo) są pasmem wyjątkowym ze względu na wspaniałe, liczące setki metrów pionowe ściany. Dla świata odkrywano je dwa razy.

W roku 1956 schowana wśród szczytów Cortina d’Ampezzo gościła VII Zimowe Igrzyska Olimpijskie — dla nas upamiętnione pierwszym zimowym medalem Franciszka Gronia-Gąsienicy w kombinacji klasycznej. Od tamtego czasu Cortina przekształciła się w najmodniejszy i — oczywiście — najdroższy włoski kurort górski. Niestety, eksploatacja turystyczna Dolomitów od lat sześćdziesiątych przybrała rozmiary przerażające ekologów. W wielu miejscach środowisko i krajobraz zdewastowano nadmierną liczbą kolejek, wyciągów i hoteli. Dopiero niedawno ten niekontrolowany rozrost zastopowało utworzenie parku narodowego.

Wcześniejsze odkrycie Dolomitów miało natomiast wymiar tragiczny. W czasie I wojny światowej toczyły się tu ciężkie walki między Austrią a Włochami. Wysokie góry nigdy wcześniej ani nigdy później nie zostały na taką skalę i z taką zaciekłością wykorzystane militarnie. W Alpach bronią masowej zagłady stały się lawiny śnieżne, spuszczane na oddziały wroga (należało fachowo wystrzelić z działa). Z kolei Dolomity zryły sztolnie i tunele, wiele tarasów i ścieżek wyporęczowano, w stromych ścianach zainstalowano drabiny. Po wojennej porażce Austrii Dolomity znalazły się w całości we Włoszech. Po śladach żołnierskich dramatów z lat 1916-18 chodzą dzisiaj turyści.

Lejtmotyw niniejszego artykułu, czyli via ferrata, nie jest wynalazkiem militarnym, ale karierę zrobiła właśnie po I wojnie światowej i właśnie w Dolomitach. To ubezpieczona droga wspinaczkowa. Dosłownie zaś „via ferrata” oznacza po włosku „drogę żelazną”. Dokładniejszy jest termin niemiecki „Klettersteig”, wskazujący wprost na ścieżkę wspinaczkową. Ideologią ferraty jest bowiem tzw. trzecia droga — między turystyczną ścieżką a wspinaczkową ścianą. Dzięki wmontowaniu w skałę stałych elementów asekuracyjnych nie trzeba ciągnąć ze sobą haków, młotków, długich lin itd. To takie wysokogórskie „ni pies ni wydra, coś na kształt świdra”.

Nie wypada cytować, co o ferratach mówią zawodowi wspinacze. Ale tysiącom ceprów, którzy na co dzień nie zajmują się alpinizmem, lecz utrzymują odpowiedni poziom sprawności fizycznej i odwagi, umożliwiają one przeżycie prawdziwej górskiej przygody. Sformułowane przez alpejskich przewodników motto pierwszych, XIX-wiecznych ferrat, brzmiało: „Accessibilie anche al Signore” (polskie tłumaczenie jest tytułem tego artykułu). Niestety, w Tatrach nie istnieje i nigdy nie powstanie żadna ferrata, choćby ze względu na sprzeciw parku narodowego oraz Polskiego Związku Alpinizmu. Kilka fragmentów Orlej Perci można uznać zaledwie za jej przedsionek.

Podstawowym elementem via ferraty jest stalowa lina (poręczówka), przymocowana do skały co kilka metrów hakami, prętami stalowymi itp. Dzieli się na odcinki, połączone za pomocą skręconych płytek lub zarobionych na końcach pętli. Dlatego tak niebezpieczne pozostaje zaskoczenie wspinacza na ferracie przez burzę. Zbawcza lina staje się wówczas kilkusetmetrowym piorunomagnesem — a ukryć się w litej skale nie ma gdzie!

Sposób asekuracji wyznacza technikę wspinania się ferratą. Do liny poręczowej trzeba się przypiąć dwoma niezależnymi pętlami z karabinkami, aby przy przekładaniu nad jej zamocowaniem jednego karabinka — drugi zawsze trzymał. Najlepsze są te z automatycznym zabezpieczeniem, które można łatwo otworzyć kciukiem. Karabinki zakręcane stają się po kilkudziesięciu odpięciach i zapięciach mordęgą. Prawdę tę poznałem doświadczalnie w środku mojej pierwszej ferraty — i zapamiętałem na zawsze.

Uprząż asekuracyjna w zasadzie powinna być kompletna — to znaczy składać się i z pasa piersiowego, i siedzeniowego. Sam pas siedzeniowy może nie wytrzymać, gdyby... A w ogóle na ferracie najlepiej maksymalnie wykorzystywać naturalną skałę — pamiętając o trzech punktach oparcia ciała — a ze sztucznych ułatwień (haków, klamer, prętów, drabinek) korzystać tylko tam, gdzie bez nich po prostu nie da się zrobić ani kroku.

Od końca lat osiemdziesiątych w Dolomitach żadnych nowych ferrat już się nie wytycza. Aktywni na tym polu są za to Francuzi i Szwajcarzy. Nie mając jednak obszarów tak malowniczych i naturalnie ukształtowanych, wykorzystują każdą wolną ścianę w pobliżu ich alpejskich kurortów: traktują ferraty jako typowe produkty turystyczne, niemal komercyjnie. Wstęp na nie jest oczywiście bezpłatny, ale każda podnosi atrakcyjność okolicy i sprowadza żądnych wrażeń górołazów.

Jedną z takich właśnie nowoczesnych ferrat „zaliczyłem” w szwajcarskim Engelbergu, w którym skakał Adam Małysz. Do ściany Fürenalp dochodzi się zaledwie kilkanaście minut prosto z parkingu, zakłada sprzęt i... wio! Jest ona rzeczywiście imponująca, ma aż 600 metrów (start na wysokości 1240, meta 1840). Zbudowano ją ze szwajcarską solidnością, z zamiarem dostarczenia bardzo mocnych wrażeń. Kilka trawersów pokonuje się, stając na prętach wbitych w pionową ścianę, lina momentami odchodzi od niej daleko i wymusza przewieszkę, a pod spodem kilkaset metrów pustki...

Przesyt ubezpieczającego żelastwa (w końcu to droga żelazna) po pewnym czasie zaczyna jednak irytować i z rozrzewnieniem wspomina się wkomponowane w skałę trasy dolomickie. Polecam na przykład trudną, ale przepiękną widokowo ferratę im. Giuseppe Olivieri na szczyty Punta Anna (2731 m) i Tofana di Mezzo (3243 m), dominujące nad Cortiną d’Ampezzo.

Ech, u nas w Dolomitach — pardon, w Tatrach...

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Kariera / Dostępne nawet dla Panów