Resort finansów uważany był za instytucję absolutnie pozbawioną poczucia humoru. Projekt reformy aparatu skarbowego opisywany w niniejszym „PB” obala ten krzywdzący stereotyp. To pomysł, którego nie powstydziłby się latający cyrk Monty Pythona.
Na całym świecie firmy raczej starają się zachować zdrowy dystans do urzędników skarbowych (nawet w krajach o dużo przyjaźniejszym systemie podatkowym niż polski), tymczasem polscy przedsiębiorcy mają — zdaniem resortu — dążyć do maksymalnego zbliżenia z fiskusem. Polskim przedsiębiorcom można wiele zarzucić, ale nie skłonności do takich perwersji. Gotowi jesteśmy postawić dolary przeciw orzechom, że na lokalizację swojej firmy wybraliby miejscowość, o której istnieniu urzędnicy skarbowi zupełnie zapomnieli.
Pomysłowi resortu trudno wprawdzie odmówić pewnej przewrotnej racjonalności — w małych mieścinach urząd skarbowy może stać się jednym z największych pracodawców. W jego otoczeniu mogą powstawać mniejsze firmy — punkty ksero, biura rachunkowe itd. Z tego punktu widzenia gęsta sieć urzędów skarbowych mogłaby się stać kołem zamachowym gospodarki. Zanim jednak wybierzemy tę drogę, by stać się tygrysem Europy, warto jednak przez chwilę się zastanowić, czy wystarczy nam podatników…
Adam Sofuł