Rynek ropy naftowej jest najbardziej czułym, wrażliwym na wszelkie zawirowania o charakterze politycznym, ekonomicznym, a ostatnio i terrorystycznym, rynkiem surowcowym świata. W najbardziej widoczny i spektakularny sposób wpływa na koszty, ceny, wysokość inflacji, a w konsekwencji na tempo wzrostu gospodarczego największych nawet potęg gospodarczych. Ostatnia fala zwyżek cen ropy na światowych rynkach, kiedy to ceny tego surowca niemalże codziennie biły historyczne rekordy, spowodowała powrót dyskusji na temat roli państwa w takich sytuacjach, potrzeby stosowania interwencjonizmu państwowego.
I trzeba uczciwie powiedzieć, że przy wydolnym państwie nie jest to postępowanie pozbawione sensu. Może to być element aktywnego udziału aparatu państwowego w tworzeniu warunków gospodarowania, do czego przecież ten aparat jest powołany. Trzeba również dodać, czego dowodzi ilustracja obok, że minister finansów, bez utraty wpływów z podatku VAT i akcyzy, mógłby podjąć interwencję mającą na celu złagodzenie wpływu wysokich cen ropy na polską gospodarkę.
I na tym kończy się teoria, a zaczyna szara rzeczywistość. Mamy jeszcze w pamięci szum medialny, jaki towarzyszył poprzedniej interwencji (obniżka podatku o 5 groszy na litrze benzyny). Wrzawy było dużo, a obniżka przeszła praktycznie niezauważona. Podobnie byłoby teraz, a w najgorszym przypadku okazałoby się, że de facto, do obniżki (poprzez uruchomienie urzędniczych, niezwykle rozbudowanych i kosztownych hydr) musielibyśmy dopłacić w postaci innych, wyższych podatków. Może więc jednak regulacje cenowe zostawmy, mimo wszystko, rynkowi.