Najwyższy czas, by krystalizowały się może jeszcze nie personalne listy kandydatów, ale na pewno szyldy. Po stronie władców wszystko jest oczywiste — do Sejmu i Senatu wystartuje monopartyjny komitet wyborczy Prawo i Sprawiedliwość. Nie wiadomo tylko, ilu zostanie wpuszczonych na listy różnych wasali przyklejonych do okrętu PiS, w tym np. gwardzistów Zbigniewa Ziobry z jego Solidarnej Polski. Po stronie opozycji natomiast wszystko się jeszcze kisi. Pewnikiem już stało się niepowodzenie naiwnej idei Donalda Tuska, aby w wyborach do Sejmu udało się powtórzyć konstrukcję Akcji Wyborczej Solidarność z 1997 r., do której wtedy przystąpiła większość — chociaż nie wszyscy — ambitnych prezesów prawicowych partyjek.
Ponownie zawiązany został natomiast tzw. pakt senacki, który udał się w 2019 r. Jego ideą było pójście ścieżką legendarnej drużyny Lecha Wałęsy z 1989 r., gdy strona solidarnościowa wystawiła do Senatu jednego namaszczonego kandydata na każdy mandat, czego skutkiem było zdobycie wtedy aż 99 ze 100 miejsc. Cztery lata temu udziałowcy paktu skoordynowali wystawianie kandydatów, co pozwoliło uniknąć kanibalizacji i koncentrowało wiązkę głosów. Wprowadzając 48 senatorów, PiS i tak było najlepsze, ale zsumowany wynik paktujących — z uwzględnieniem kilku senatorów z własnych komitetów — dał opozycji przewagę 51:49, która utrzymała się w kadencji 2019-23.
Udziałowcami paktu senackiego 2023 ma być aż pięć ugrupowań. Koalicja Obywatelska, Lewica i Polskie Stronnictwo Ludowe uczestniczyły w 2019 r., obecnie doszła Polska 2050 oraz ruch Tak! Dla Polski stworzony przez prezydentów wielkich miast. Wypada doliczyć jeszcze szósty podmiot, czyli silnych kandydatów samodzielnych, którzy nie wystąpią w barwach żadnego z udziałowców paktu, lecz chętnie dołożą się do idei anty-PiS. Analizując poprzednie wyniki oraz sondaże, paktujący optymistycznie widzą możliwość zdobycia aż 65 mandatów. PiS równie optymistycznie zamierza odbić Senat, zdobywając co najmniej 55-60 mandatów. Druga izba parlamentu nie jest jednak z gumy — ma 100 foteli i koniec. Około 90 mandatów to raczej pewniki, dla jednej czy drugiej strony, natomiast dziesiątkę jednomandatowych okręgów można uznać — zapożyczając termin z wyborów USA — za swingujące i w nich walka zapowiada się naprawdę ostra.

