Od czasu, gdy Prawo i Sprawiedliwość wygrało wyborczą batalię i rządzi samodzielnie, ekonomiści zachodzą w głowę, jak partia poukłada finanse publiczne na przyszły rok.



Paweł Szałamacha, nowy szef resortu finansów, postanowił umilić oczekiwanie na przyszłoroczny budżet, mieszając w obecnym. Nowelizacja to nie powód do chwały dla ministra finansów. Tak było w 2009 r. — gdy kryzys finansowy zawitał do Europy, i w 2013 r. — gdy przez spowolnienie gospodarcze tąpnęły dochody z podatków. Paweł Szałamacha jest w szczęśliwej sytuacji, bo odziedziczył ustawę po poprzednikach i nie musi martwić się o reputację.
Poszukać dzisiaj…
W piątkowe późne popołudnie informacja o tym, że resort finansów zamierza w trybie pilnym nowelizować budżet, spadła na rynek jak grom z jasnego nieba. Nikt się jej nie spodziewał, bo — zdaniem ekonomistów — ostatnie dane o stanie finansów takiego ruchu nie uzasadniają.

— Według naszych szacunków, bez tej nowelizacji budżet i tak domknąłby się z deficytem nieznacznie niższym od prognoz — podkreśla Piotr Kalisz, główny ekonomista banku Citi Handlowy. Nasze źródła w resorcie finansów potwierdzają: zagrożenie, że deficyt przekroczy w tym roku 46 mld zł z ustawy, było zerowe.
W komunikacie Ministerstwo Finansów (MF) wyjaśniło swoje motywy krótko: dochody z VAT na koniec listopada są o 13,3 mld zł niższe, niż zakładano, a z pozostałych podatków udało się wycisnąć tylko nieco więcej niż plan. W sumie ubytek w kasie państwa wynosi ok. 12 mld zł. Eksperci zwracają jednak uwagę, że dochody to tylko jedna strona medalu.
— Z danych o wykonaniu budżetu za okres od stycznia do października wynika, że dochody były wówczas mniejsze od planu o niecałe 6 mld zł, a wydatki — o ponad 11 mld zł — zwraca uwagę Wiktor Wojciechowski, główny ekonomista Plus Banku. Przypomina, że na koniec października dziura budżetowa wynosiła 34,5 mld zł, czyli aż o 5,3 mld zł mniej od prognoz resortu. Nerwowe ruchy resortu finansów może tłumaczyć obawa, że do kasy państwa nie trafią zaplanowane miliardy złotych z aukcji częstotliwości LTE. Analitycy powątpiewają jednak w to wyjaśnienie.
— Jeśli by nie wpłynęły, wystarczyłoby dostosować wydatki. Niewielka skala nowelizacji — 3-4 mld zł — świadczy o tym, że można się było bez niej odbyć — uważają analitycy BZ WBK.
…pieniędzy na jutro
Eksperci są przekonani, że nowela budżetowa nie wynika z kondycji finansów publicznych. — Być może chodzi o „raport otwarcia”, przesunięcie punktu startowego dla nowego rządu tak, żeby na tym tle projekt budżetu na 2016 r. nie wyglądał tak źle — zwłaszcza jeśli pojawi się w nim 9 mld zł dochodów z częstotliwości — podkreślają eksperci z BZ WBK. Drugiego dna w pomysłach urzędników z ul. Świętokrzyskiej dopatruje się też Wiktor Wojciechowski.
— Przypuszczamy, że planowana nowelizacja to w głównej mierze zabieg PR, mający uzasadnić konieczność wycofania się rządu z realizacji części obietnic wyborczych — uważa ekonomista. Kolejna opcja to szykowanie miejsca pod najbardziej kosztowny pomysł PiS, czyli 500 zł na dziecko, który — jeśli wejdzie w życie od kwietnia — pochłonie z kasy państwa ponad 15 mld zł. Dzięki przesunięciom w dochodach i wydatkach w przyszłorocznym budżecie pojawi się więcej przestrzeni kosztem pogorszenia tegorocznych statystyk.
— Otworzyliśmy sobie spore możliwości fiskalne w 2016 r., bo oprócz miliardów z aukcji LTE, dochody zasilą także spore oszczędności na obsłudze długu — mówi źródło w MF. Szczęściem w nieszczęściu jest to, że pogłębienie budżetowej dziury nie przełoży się na wzrost długu publicznego.
— Wzrost limitu deficytu z nawiązką rekompensowany jest przez większe przychody z tytułu zarządzania płynnością sektora finansów publicznych i przyjętych depozytów sądowych — wyjaśnia Piotr Marczak, dyrektor Departamentu Długu Publicznego w MF.