Bardzo zgrabnie uruchomiono krótkoterminowy mechanizm samoouspakajania się rynku. Mowa o przewijającej się w komentarzach i nieformalnych dyskusjach rynkowych tezie, że w owych 52 mld PLN jest olbrzymia zakładka, tak by by uniknąć konieczności podwyższania deficytu w roku wyborów prezydenckich i by pokazać sztuczny efekt poprawy jeśli deficyt uda się zmniejszyć w ciągu roku (tzn. np. po wynikach pierwszego półrocza 2010 r.). No i to jest piękne „story” tyle, że nieco ryzykowne. Bo to, że rząd mylił się ignorując skalę kryzysu, nie oznacza, że myli się i tym razem. Choć pewnie bardzo by tego chciał.
Nie opierałbym całej strategii na założeniu, że plan rządowy jest zbyt ostrożny. Wzrost bezrobocia, możliwe narastanie problemu niespłacanych kredytów (i popularnych pożyczek konsumpcyjnych), możliwe kłopoty eksportu po tegorocznym wzmocnieniu złotego i globalne wyczerpywanie amunicji na programy stymulacyjne – to niektóre z powodów, dla których co najmniej równie ostrożnie jak rząd oceniałbym szanse polskiej gospodarki w 2010. Problemy te oczywiście mogłoby pogłębić ewentualne kolejne załamanie koniunktury na świecie (bo na razie mamy sztuczne ożywianie, a nie naturalne procesy). I dlatego warto byłoby się spokojniej zastanowić nad królująca obecnie tezą, że rząd zawyża znacznie wysokość deficytu budżetowego na 2010 r. Bo to, że rząd mylił się ignorując skalę kryzysu, nie oznacza, że myli się i tym razem. Choć pewnie bardzo by tego chciał. Zresztą – ja też…
Na miejscu rządu może i sam kolportowałbym taką pogłoskę, bo jej wydźwięk jest pozytywny. Wszak interesem strategicznym rządu jest utrzymanie np. złotego na w miarę kontrolowalnym poziomie – tak by móc pokazać dane na koniec br. np. o długu publicznym i uniknąć drastycznego efektu kursowego, tj. przeliczania długu w walutach obcych po zbyt wysokim kursie. Jakby się jednak tzw. rynek trochę mocniej zastanowił i odszedł od tradycyjnych stereotypów myślenia, to mógłby dojść do wniosku, że wcale nie jest tak różowo jak wynikałoby to z obserwowanej w poniedziałek rano stosunkowo spokojnej reakcji rynkowej (spadek złotego mógłby być znacznie wyraźniejszy). Bo przecież ta sławna już figura (tj. 52 mld PLN deficytu) jest naprawdę zła. Co więcej, figura ta wydaje się tym gorsza, im rynek bardziej sam przekonuje się do jej nierealności… W tym pozytywnym postrzeganiu negatywnych faktów kryje się zapewne także chęć obrony własnego wizerunku – publikacja planu tak wysokiego deficytu 2010 i niższego tempa wzrostu PKB to przecież także problem dla prognostów makroekonomicznych. Trzeba bowiem albo przekopać model, albo trwać przy swoim zakładając, że rząd i resort finansów znów opowiadają bajki (tak jak kiedyś przesadzali z optymizmem, tak teraz poszli w druga stronę) a deficyt ma charakter wyłacznie wyborczy. W ten sposób rynek sam uspakaja się niby-własną tezą o przesadnie ostrożnościowym podejściu rządu, i szafa gra. Na razie…
Szafa niby gra, ale sporo tam fałszywych nutek. Patrząc na te 52 mld PLN trzeba pamiętać o raczej pewnej kontynuacji wypychania rozmaitych długów budżetowych poza budżet (np. drogi – via BGK - KFD). Przypomnieć trzeba także o bardziej wyrafinowanej technice oddalania wszystkich możliwych potencjalnych potrzeb poza budżet i finanse publiczne - o posługiwaniu się spółkami quasi-państwowymi jako źródłem kapitału (kosztem ich sytuacji). Schemat jest prosty - np. PKO BP czy PZU wypłacają dywidendę, ale to oznacza iż – chcąc iść do przodu - muszą pozyskać kapitał na rynku. No ale to wtedy już problem spółek, a nie budżetu... Dlatego, wbrew opinii większości rynku (wyrażanej np. stosunkowo łagodnym jeszcze spadkiem kursu złotego), obawiam się, że kolejny rok – 2010 - będzie znów stracony z punktu widzenia naprawy finansów publicznych. Sztuczka w postaci ewentualnego zmniejszenia deficytu w drugiej połowie przyszłego roku (taki „prezent” w kampanii prezydenckiej) będzie tylko sztuczką (choć może się spodobać np. zadłużonym w walutach, bo efektem takiego zabiegu mogłoby być wzmocnienie złotego).
Łukasz Kwiecień
Autor jest analitykiem, a rynkiem kapitałowym zajmuje się od roku 1993. Pracuje w Pioneer Pekao Investment Management SA. Był red. naczelnym Gazety Bankowej i Gazety Giełdy Parkiet. Pracował także w NBP. Felieton wyraża wyłącznie jego osobiste poglądy.