Kampania prezydencka w USA kończy się 4 listopada, w Polsce zaś — również na początku listopada, ale roku 2010. Lech Kaczyński i Donald Tusk codziennie ścierają się o wszystko, bo każdy temat potencjalnie przekłada się na głosy wyborców — i tak będzie jeszcze przez długie dwa lata.
Obiektywnie dla Polski fatalna jest okoliczność, że o prezydenturze myśli urzędujący premier, ponieważ każdy spór polityczny spotęgowany jest rywalizacją personalną. To jakby wartość dodana, a właściwie — odjęta, jako że radykalnie obniża autorytet państwa. Historyczne porównania do szorstkiej kohabitacji Aleksandra Kwaśniewskiego z Jerzym Buzkiem nie mają sensu z dwóch powodów — różnic charakterów obu prezydencko-premierowskich par oraz okoliczności, że wtedy walkę o prezydenturę w barwach AWS zarezerwował dla siebie Marian Krzaklewski, z nędznym zresztą skutkiem.
W tej sytuacji należy się cieszyć, że w większości wypadków Konstytucja RP na szczęście wymusza porozumienie się obu rywalizujących polityków. Na horyzoncie jawi się kolejna wojenka — o powołanie na nową kadencję szefa Sztabu Generalnego i dowódców rodzajów sił zbrojnych. Jest to bezdyskusyjne uprawnienie głowy państwa, ale prezydent wcześniej musi uzyskać dla swego postanowienia kontrasygnatę premiera. Wypada wyrazić nadzieję, że Lech Kaczyński i Donald Tusk znajdą w gronie generałów kandydatów zasługujących na ich zgodne podpisy i nie zostawią armii bez dowódców.
Niestety, w konstytucji znajdują się także rozwiązania niedoprecyzowane — a liderem wśród nich jest prowadzenie polityki zagranicznej. W czasach prehistorycznych — czyli przed dwuletnim eksperymentem z podwójnymi rządami braci Kaczyńskich — kompetencje były ułożone. Na szczytach NATO reprezentował Polskę zawsze prezydent, z szefami MSZ i MON, natomiast na szczytach unijnej Rady Europejskiej premier, także z szefem MSZ. Bracia ten ład posypali, ponieważ premier Jarosław oddał prezydentowi Lechowi reprezentację na wszystkich międzynarodowych forach.
Trudno się zatem dziwić, że gdy premierem został Donald Tusk — niemal przed każdym unijnym szczytem odżywa konflikt o przewodnictwo delegacji. Z tym, że za pięć dwunasta na szczęście wszystko się jakoś uładza. Podczas podpisywania traktatu w Lizbonie oraz na ostatnim nadzwyczajnym szczycie w Brukseli obserwowałem z bliska ekipę prezydencko-premierowską — i naprawdę było to "miodzio", zwłaszcza jeśli się uwzględni reakcje na podwórku krajowym.
Nadchodzi kolejny szczyt Rady Europejskiej w Brukseli, na który prezydent Lech Kaczyński postanowił jechać — i tyle. Premierowi Donaldowi Tuskowi pozostaje przełknięcie goryczy i zadowolenie się drugim miejscem przy delegacyjnym stole. Przypuszczalnie prezydent będzie jeździł na unijne szczyty już do końca kadencji, czyli Polski na stałe dotyczył będzie tzw. problem drugiego nakrycia na obiadach z udziałem szefów państw i rządów — dotychczas najbardziej była z tego znana Finlandia. I jedyne, co szef rządu może zrobić, to w odwecie wprosić się na stałe na szczyty NATO.
Jacek Zalewski