Drużynie premiera wypada słaba trójka

Łukasz Świerżewski, Agnieszka Berger, Katarzyna Jaźwińska
opublikowano: 2004-04-30 00:00

Super-minister

ocena: 4

Jerzy Hausner, wicepremier

Wyszedł z resortu pracy, by kolejno objąć tekę szefa resortu gospodarki i wicepremiera. Co więcej, zdobywał kolejne kompetencje nie rezygnując z dotychczasowych. Na koniec okazał się ważniejszy od samego premiera. Ten odszedł, a Jerzy Hausner pozostaje na „superministerstwie” w ekipie Marka Belki. Trudno się dziwić. W ciągu ostatniego roku chyba wszyscy zdążyli się już zorientować, że Jerzy Hausner odpowiada za wszystko i bez niego kraj przestanie funkcjonować. Wymieńmy tylko podstawowe obszary aktywności superministra: ratowanie finansów publicznych, reformowanie gospodarki, negocjowanie z górnikami, emerytury, renty, niepełnosprawni, reforma zdrowia. Zabrakło chyba tylko prywatyzacji, po którą zresztą już sięga. Czwórka należy się więc za to, że to wszystko ogarnął, zachował klasę i... że jeszcze się kręci.

Ukryty za plecami

ocena: 3+

Andrzej Raczko, minister finansów

Był, a jakby go nie było. Ale to tylko pozór wynikający z tego, że schował się za szerokimi plecami Jerzego Hausnera, pozostawiając mu niewdzięczne zadanie reformy finansów publicznych. Sam dołożył do niej strategię podatkową, z której dokładnie nic nie wynika. Dużo wynika za to z przedstawionego przez niego budżetu na 2004 r. i zmian w ustawach podatkowych. Sukcesem nie można nazwać ani zwiększenia do 45 mld zł deficytu budżetowego, ani ustawy o VAT, której skutki poznawać będziemy w najbliższych dniach. Andrzej Raczko nie zmienił też fatalnego obrazu resortu finansów w oczach przedsiębiorców. Gmach przy ul. Świętokrzyskiej nadal postrzegany jest jako jeden z najmniej przyjaznych biznesowi urzędów w kraju. Oddajmy jednak ministrowi sprawiedliwość. To za jego urzędowania CIT spadł do 19 proc. i dano osobom prowadzącym działalność gospodarczą możliwość rozliczania się według 19-proc. stawki. Dlatego dajemy trzy plus.

Spec od nożyczek

ocena: 2

Grzegorz Kołodko, były minister finansów

Niniejszym chylimy czoła przed byłym wicepremierem i ministrem finansów. Gdy na początku 2003 r. twierdził, że wzrost gospodarczy sięgnie 3,5 proc., my także byliśmy w gronie prześmiewców. Ostatecznie było 3,7 proc. To nie jest jednak zasługa ani ścięcia włosów przez Grzegorza Kołodkę, ani wymachiwania nożyczkami przed obliczem kamer, ani nawet abolicji podatkowej i oświadczeń majątkowych. Chwała Bogu, że te właśnie koncepcje Grzegorza Kołodki się ostatecznie nie zmaterializowały. Nie zapominamy równocześnie o sprzeciwie wicepremiera wobec obniżania podatków i całkowitej nieumiejętności dialogu ze środowiskiem przedsiębiorców. Grzegorz Kołodko jest jednak maratończykiem, mistrzem długich dystansów i być może ostatecznie wyjdzie na jego. Nie śmiemy więc postawić pały.

Brat łata od budżetu

ocena: 3+

Marek Belka, były minister, przyszły premier

Pierwszy minister finansów Leszka Millera, który ostatecznie stał się jego następcą. Co charakterystyczne, zarówno dwa i pół roku temu, jak i teraz stanął przed podobnym wyzwaniem — łatania dziury w finansach państwa. Za pierwszym razem poradził sobie nie najgorzej, ale na krótką metę. Budżet, co prawda, się nie zawalił, ale pozostał spadek w postaci akcyzy na energię elektryczną i podatek od zysków z inwestycji kapitałowych, który nosi nawet jego imię. Ten ostatni podatek nie zapisał się dobrze w pamięci Polaków, choć akcjonariusze funduszy inwestycyjnych powinni chyba zrzucić się na jakąś dożywotnią rentę dla Marka Belki — tylu im wtedy naraił klientów. Na zachętę dajemy więc trzy z plusem, mając nadzieję, że z tyłu głowy nie ma już koncepcji podatku, np. od wypoczynku na świeżym powietrzu.

Z wyspy skarbu

ocena: 2

Wiesław Kaczmarek & ekipa, minister skarbu

Ministrowie skarbu w rządzie Leszka Millera, choć było ich aż czterech, zasadniczo się od siebie nie różnili. Wszyscy jak ognia unikali prywatyzacji, poświęcając się zgoła innym zajęciom, np. konsolidacji lub wzmacnianiu pozycji skarbu państwa w sprywatyzowanych spółkach.

Wiesław Kaczmarek, który piastował ten urząd znacznie dłużej od swoich następców, miał na przykład zasługi na polu renacjonalizacji, choć — gwoli sprawiedliwości — trzeba przyznać, że sprzedał Stoen i zaplanował prywatyzację kolejnych podmiotów na kilka lat do przodu. Dwaj następni szefowie MSP ograniczali się praktycznie do papuziego powtarzania Kaczmarkowych deklaracji, z konieczności zmieniając daty, bo czas uciekał, a prywatyzacji jak nie było, tak nie było. Wyjątek to sprzedaż PHS, za co pochwała należy się Piotrowi Czyżewskiemu, który wsławił się również bohaterską obroną grupy G-8 przed Janem Kulczykiem (pionierem w tej walce był Wiesław Kaczmarek).

Po objęciu teki przez Zbigniewa Kaniewskiego wyraźnie zarysowało się nowe kryterium, pozwalające — mimo zasadniczych podobieństw — odróżnić od siebie kolejnych ministrów. Poza Sławomirem Cytryckim, który w historii MSP zapisał się tym, że niczego nie podpisał, każdego można bez trudu przyporządkować do jednego z wrogich obozów — „za Kulczykiem” lub „przeciw”.

ocena: 2

Marek Pol, wicepremier i minister infrastruktury

Chyba najgorzej oceniany minister z ekipy Leszka Millera. Chęci mu raczej nie brakuje, ale efekty pracy są, delikatnie mówiąc, bardzo mierne. Początkowo wicepremier przynajmniej raz w tygodniu obiecywał, że całą Polskę poprzecina wkrótce sieć autostrad. Na obietnicach się skończyło. Autostrad jak nie było, tak nie ma, ale dzięki pomysłom wicepremiera, związanym z wprowadzaniem nowych podatków, szybkie trasy wkrótce mają powstać. Jest na to szansa, ale nie dzięki podatkom, lecz dzięki mającym napłynąć do Polski funduszom unijnym. Perspektywa staje się zatem klarowna — tylko czy polskie firmy, samorządy i urzędnicy będą mieć wystarczająco dużo cierpliwości, by pokonać unijne procedury pozyskiwania środków z Brukseli?

Marek Pol obiecywał też, że przekona Unię do tego, by polskie firmy budowlane nie musiały płacić 22-proc. VAT. Ostatecznie jednak nie renegocjował porozumienia z Brukselą, budownictwo po 1 maja czekają więc trudne czasy.

Na konto sukcesów wicepremiera można zapisać umorzenie długów teleoperatorom, co otwiera im drogę do konsolidacji, oraz podpisanie z Rosją umowy dotyczącej redukcji dostaw gazu.

Stalowy człowiek

ocena: 3+

Andrzej Szarawarski, wiceminister skarbu

Andrzej Szarawarski zaczynał karierę w rządzie Leszka Millera od stanowiska wiceministra gospodarki. I twardo trzymał się hutnictwa. Dokończył konsolidację hutnictwa rozpoczętą przez AWS. Potem przyszedł czas na prywatyzację sektora hutniczego. Ponieważ Andrzej Szarawarski nie mógł porozumieć się ze swoimi pryncypałami — Jackiem Piechotą, szefem resortu gospodarki, i jego następcą Jerzym Hausnerem, przeniósł się do Ministerstwa Skarbu Państwa. Po co? By prywatyzować! I tak prywatyzował, że szybko odsunięto go od oficjalnego decydowania o tym, kto będzie inwestorem PHS. Ostatecznie jednak zasługi sprywatyzowania firmy przypisuje się Andrzejowi Szarawarskiemu. Na inwestora dla polskiego hutnictwa wybrał on LNM. Czy słusznie — zbyt wcześnie, by to ocenić.

Teraz wiceminister sprzedaje Hutę Stali Częstochowa. Przetarg budzi tak duże kontrowersje, że politycy powołali specjalną komisję, by zbadała jego przebieg.

Czy Niccolo Machiavelli byłby dumny z Andrzeja Szarawarskiego? Nikt z polityków chyba dotychczas nie wcielał w życie z tak wielkim zaangażowaniem maksymy mówiącej, że „cel uświęca środki”. Celem na szczęście jest prywatyzacja, tylko środki prowadzące do niej czasem mogą zastanawiać.

Ratownik stoczni

ocena: 3+

Jacek Piechota, wiceminister gospodarki i pracy

Po objęciu rządów przez SLD-UP Jacek Piechota został ministrem gospodarki. I od razu został wrzucony na głęboką wodę. Wiadomo — stocznia. Porta Holding wpadła w tarapaty finansowe, rząd starał się pomóc, ale skończyło się na upadłości. Dzięki staraniom Jacka Piechoty produkcję przywrócono. Na gruzach starej stoczni powołano spółkę pod nazwą Stocznia Szczecińska Nowa, która przejęła zamówienia. Można uznać to za sukces, choć dziś podatnicy drogo za niego płacą. Co gorsza, właściciele Porty Holding uważają dziś, że upadłość była bezzasadna.

Podobna sytuacja dotyczy Daewoo-FSO, warszawskiego producenta samochodów, w którego ratowanie zaangażowany jest Jacek Piechota. Ostatnia wizyta w Korei pod jego kierownictwem przyniosła przedłużenie praw do produkcji matizów i lanosów. Niestety, nie udało mu się znaleźć dla fabryki nowego inwestora, bo brytyjski Rover — romansując w Chinach — w praktyce się wycofał.

Minister postawił się też górnikom. Przyznajmy — na to stać niewielu urzędników.

Organizator

Puls Biznesu

Autor rankingu

Coface

Partner strategiczny

Alior

Partnerzy

GPW Orlen Targi Kielce Energa Obrót