W 25. rocznicę przystąpienia Polski do Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego (NATO) amerykański prezydent bezprecedensowo zaprosił dwóch współrządzących najważniejszych polskich decydentów, z definicji skazanych nie na kohabitację, lecz na ostrą konfrontację. Z ambasady w Warszawie otrzymuje przecież codziennie bardzo precyzyjny raport o sytuacji politycznej w naszym kraju. Biały Dom doskonale zdaje sobie sprawę z głębokiego pęknięcia na szczytach władzy w Polsce, dlatego prezydent USA podjął próbę przynajmniej wizerunkowego wymuszenia zgodnego współdziałania naszego prezydenta i premiera na froncie konfrontacji szeroko rozumianego Zachodu z Rosją cara Władimira Putina.
Paradoksalnie jednak jeszcze głębsze pęknięcie polityczno-społeczne postępuje w Stanach Zjednoczonych Ameryki. Sondaże wskazują, że we wtorek 5 listopada w pojedynku prezydenckich staruszków to 78-letni Donald Trump może zdobyć więcej stanowych głosów elektorskich, chociaż 84-letni Joseph Biden uzyska zapewne więcej głosów wyborców w skali całego kraju. Czyli powtórzy się rozstrzygnięcie z 2016 r. – gdy właśnie przy takich dualistycznych wynikach nie zdobyła prezydentury Hillary Clinton – niepojęte dla świata, natomiast oczywiste dla Amerykanów. W polskim duecie podział sympatii jest oczywistością – Andrzej Duda marzy o powrocie Donalda Trumpa, natomiast Donald Tusk o reelekcji Josepha Bidena. Premier zawitał do Waszyngtonu tylko na spotkanie w Gabinecie Owalnym, natomiast program prezydenta jest znacznie dłuższy. Otoczenie Donalda Trumpa upowszechniło informację, że były 45. prezydent zapraszał Andrzeja Dudę – zapewne na Florydę – na demonstracyjne spotkanie w perspektywie przyszłej prezydentury 47. (w razie powrotu będą liczone osobno), ale 46. urzędujący gospodarz Białego Domu uznałby takie rozmowy za prowokację i oczywiście wycofałby zaproszenie.
Notabene w ostatni piątek na Florydę dotarł węgierski premier Viktor Orbán, który jednoznacznie stawia na Donalda Trumpa. O zaproszenie przez Josepha Bidena w ogóle nie zabiegał, tym samym już go w swoich planach skreślił. Być może odegrał się za to, że demokratyczny prezydent na 12 marca zaprosił tylko Polaków, a przecież ćwierć wieku temu wchodziliśmy do NATO w pakiecie z Czechami i Węgrami. Swoją drogą taka wybiórczość jest zastanawiająca, wiadomo jakie realne znaczenie militarne mają oba państwa znacznie od Polski mniejsze, ale politycznie pominięcie ich przywódców to błąd.
Konkluzje ze spotkania w Białym Domu były standardowo ogólnikowe, bo inne nie wchodziły w grę. Obie strony zgodnie potępiły Rosję za wojnę napastniczą oraz enty raz potwierdziły niepodważalność solidarnościowego artykułu 5 traktatu założycielskiego NATO. Przy okazji wizyty strona amerykańska ogłosiła udzielenie Polsce wielkiego kredytu na zakup broni oczywiście w USA, co oznacza wykonanie księgowego obrotu pieniędzmi zwiększającego nasze zadłużenie. Już wcześniej Joseph Biden zadeklarował, że na razie nie ma mowy o zwiększeniu 10-tysięcznego rotacyjnego kontyngentu wojsk amerykańskich w Polsce. W bardzo ważnej kwestii odblokowania przez Kongres USA kwoty 60 mld USD na pomoc dla Ukrainy raczej niewielkie znaczenie miało spotkanie prezydenta Andrzeja Dudy ze spikerem Izby Reprezentantów, Mike’em Johnsonem. Ten republikański kongresmen z Luizjany trzyma w ręku klucze do zorganizowania głosowania w sprawie pakietu dla Ukrainy, przyjętego już w Senacie przez większość demokratyczną. Naiwne są nadzieje, że akurat argumentacja Andrzeja Dudy w najbliższym czasie zmiękczy bardzo twardą postawę Johnsona, ale każda, nawet nieskuteczna próba wsparcia Ukrainy ma sens.

