Czytasz dzięki

Dwie tury wyborów są oczywistością

opublikowano: 20-01-2020, 22:00

Kampania przed wyborami prezydenckimi przebiega podobnie jak parlamentarna w 2019 r.

Faktycznie trwa już kilka miesięcy, ale formalnie ruszy dopiero po zarządzeniu wyborów przez Elżbietę Witek, marszałek Sejmu. Kodeksowo mogła wydać postanowienie tuż po Trzech Królach, ale przetrzymuje podpis do ostatniego możliwego terminu i zrobi to mniej więcej 3-5 lutego 2020 r. PiS powtarza z wyborów parlamentarnych skuteczną taktykę skrócenia urzędowej kampanii. Dlatego w pełni zrozumiała jest niecierpliwość Władysława Kosiniaka- Kamysza, kandydata ludowców, który wezwał marszałek Sejmu do natychmiastowego zarządzenia wyborów. Żądanie skierował jednak pod zły adres, ponieważ Elżbieta Witek to wyłącznie notariusz-sygnatariusz, naprawdę decyduje Jarosław Kaczyński, partyjny wszechwładca ze statusem „bez żadnego trybu”.

Symbolem władzy prezydenckiej jest żyrandol w Sali Kolumnowej – Andrzej Duda nie wyobraża sobie oddania go w obce ręce.
Zobacz więcej

Symbolem władzy prezydenckiej jest żyrandol w Sali Kolumnowej – Andrzej Duda nie wyobraża sobie oddania go w obce ręce. Fot. WM

Kodeks wyborczy wraz z kalendarzem zawęziły możliwy okres głosowania. Wybory parlamentarne miały aż pięć wariantów terminowych, gdy prezydenckie — tylko trzy. Możemy głosować w niedziele: 3 maja (z drugą turą 17 maja), 10 maja (z dogrywką 24 maja) lub 17 maja (z dogrywką 31 maja). Wariant pierwszy nie wchodzi w grę, bo przecież święta narodowego 3 maja nikt nie zbruka. Dwa lata temu nieszczęsnym referendum Andrzej Duda chciał 11 listopada 2018 r. zdołować 100. rocznicę odzyskania niepodległości, ale prezes jednak posłał tamten absurd do kosza. Na 99 proc. zatem wybory prezydenckie odbędą się w niedziele 10 (oraz 24) maja. Kalendarzowym przypadkiem nastąpi dokładna powtórka terminów z 2015 r. 10 maja to dzień najlepszy, chociaż z punktu widzenia PiS też ma feler — wypada wtedy 121. miesięcznica katastrofy smoleńskiej. Przyjmijmy jednak, że partyjne obrzędy skoncentrują się 10 kwietnia w 10. rocznicę i miesiąc później tzw. dobra zmiana jakoś pogodzi — podobnie jak pięć lat temu — głosowanie z miesięcznicą.

Mimo braku wyborczego zarządzenia, lista kandydatów na prezydenta wydłuża się z każdym dniem. 10 maja wystartuje ich około dziesięciorga, taka jest norma III RP. Największym paradoksem pozostaje okoliczność, że dawno namaszczony przez prezesa i prowadzący bardzo intensywną kampanię Andrzej Duda nie wygłosił jeszcze formuły „Tak, kandyduję na drugą kadencję”. Czeka, aż postanowienie marszałek Sejmu ukaże się w Dzienniku Ustaw. Stabilne sondaże wieszczą mu reelekcję, chyba że — cytując klasyka — „po pijanemu na pasach przejedzie niepełnosprawną zakonnicę w ciąży”. Czego oczywiście nie zrobi, jako że Służba Ochrony Państwa profilaktycznie nie dopuszcza swojego najważniejszego klienta do kierownicy. Z drugiej jednak strony — obecny lokator pałacu nie może nawet pomarzyć we śnie o wygraniu od razu w pierwszej turze. Osiągnięcie Aleksandra Kwaśniewskiego z 2000 r. to dla Andrzeja Dudy nieosiągalne Himalaje skuteczności. Warunkiem zdobycia ponad połowy głosów za pierwszym podejściem jest istotne poszerzenie pierwotnego elektoratu, co Kwaśniewskiemu się znakomicie udało. Tymczasem Duda wybrał przeciwną ścieżkę — ostatnio stał się werbalnie zdumiewająco agresywny wobec myślących inaczej niż PiS. Zwrot w kierunku twardego partyjnego elektoratu przypuszczalnie przyniesie mu 10/24 maja sukces reelekcji, ale wyłącznie arytmetyczny w urnach — w żadnym wypadku nie wizerunkowy w szerokim kontekście społecznym.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane