Ksiądz Darek Sańko, jego brat Tomasz i Piotr Mozyro w 70 dni — jako pierwsi Polacy — przepłynęli Lenę kajakami. O tym, co przeżyli, opowiedzą frag-menty dziennika z wyprawy.
3.06.2003
Do trzech razy sztuka: to już trzecie podejście do spływu kajakami po jednej z najdłuższych rzek świata, syberyjskiej Lenie (około 4500 km). Planujemy trasę: Sokółka — Kuźnica Białostocka — Grodno — Moskwa — Irkuck-Kacziuga — i dalej już kajakiem do Tiksi.
6.06.2003
W pociągu do Irkucka. Za oknem Syberia. Podobne do siebie miasta i wioski. Tak wyglądały drewniane domy 100 lat temu — i pewnie jeszcze wcześniej. Za oknami, przede wszystkim pociągu, natura — tajga z milionami drzew pochłania niemal cały krajobraz. Śpimy, jemy, pijemy, modlimy się, gadamy, czytamy książki...
8.06.2003
Szósta rano — Irkuck. Autobus do Kacziugi zapchany, ale drobna darowizna przekonuje kierowcę, by nas zabrał. Ledwo upychamy bagaże. Kilkanaście godzin jazdy —i jesteśmy. Szybko składamy dwa kajaki i wskakujemy na Lenę. Przed nami prawie 4,5 tys. km wiosłowania.
9.06.2003
Lena jest w tych okolicach płytka i dość wąska. Widoki przepiękne, zwłaszcza wysokie klify przybrzeżnych wzgórz. Szkoda, że przesłonięte dymem płonącej tajgi. Pod wieczór dostrzegam na lewym brzegu kilka kajaków. Podpływamy. To Polacy! Ich przewodnikiem jest Roman Koperski. W 1998 r. przepłynął Lenę pontonem z wiosłami. Bez pieniędzy! Rozgłos w mediach i nagroda podróżnicza „Kolosów” w 1999 r. świadczą same za siebie. Jako „specjalista” od Leny organizuje krótkie spływy kajakowe po tej rzece dla ludzi „z grubszym portfelem”. Zapraszają nas do ogniska. Częstują.
14.06.2003
Zaczynam się modlić w intencji zmiany pogody. Odmówiłem różaniec i stał się cud! W górach zagrzmiało. Wkrótce wiatr rozwiewa zalegające nad nami dymy. Jak cudownie ujrzeć błękit nieba! I poczuć powiew wiatru na pogryzionym i spuchniętym ciele... Pod wieczór wiatr cichnie i znów pojawiają się żądne naszej krwi chmary muszki syberyjskiej — Piotrek i Tomek zrozpaczeni. W Ust-Kucie chcę już uciekać do Polski. Ale do Ust-Kuty jeszcze jakieś 160 km. Płynęliśmy dzisiaj 10 godzin.
16.06.2003
15 km za jakąś wioską na prawym brzegu Leny człowiek macha w naszym kierunku. Przybijamy do brzegu. Wita nas ośmiu ludzi. Strażaków. 9 dni temu przylecieli tu helikopterem, aby gasić tajgę. Zaproszają na „czaj”. Wszyscy pochodzą z Żelaznodarożna. Ich sprzęt gaśniczy to piły do cięcia drewna i 30-litrowe gaśnice wodne. Każdego dnia wchodzą 20 km w tajgę i walczą z pożarem. Warunki, w jakich muszą pracować, są katorżnicze — chmary muszek, żar palących się drzew i gęsty dym. Żywność im się kończy, a zaopatrzenie nie wiadomo, kiedy przyleci. Aby przetrwać, łowią ryby i polują. Zostawiamy im trochę prowiantu i koło południa płyniemy dalej. Tego dnia wiosłowaliśmy 10 godzin. Jesteśmy już 15 km przed Ust-Kutą.
26.06.2003
Lena od Ust-Kuty zmienia charakter. Z cichej i spokojnej rzeczki staje się uczęszczanym szlakiem. Przedtem — bywało — cały dzień nie widzieliśmy wioski i ani jednej motorówki przy brzegu. Tylko parę razy minęły nas statki. Wiatr z północy utrudnia wiosłowanie. Skóra na dłoniach spalona od słońca i kontaktu z żarem ogniska. Mam problemy z czuciem w końcówkach palców prawej ręki.
1.07.2003
Silny, chłodny wiatr z Arktyki. Trzeba się ubrać w cieplejsze ciuchy. W trakcie rannego wiosłowania drętwieją mi dłonie. Kiedy pojawiają się porywy szkwału, ciężko mi nadążyć za kajakiem Tomka i Piotrka. Zostaję w tyle. Chłopcy nie muszą wkładać w wiosłowanie tyle sił, co ja. Wypruwam sobie żyły i prawie stoję w miejscu! Klnę mój ponton i łopatę, aby dodać sobie sił. Po niemal 2 godzinach walki z wiatrem wpływamy do Leska. Duże zakupy. Po południu pogoda się poprawia.
12.07.2003
Wyruszamy o godzinie 11. Z północnego wschodu wieje coraz silniejszy wiatr. Duże fale. Uciekamy do lewego brzegu. Po 4 godzinach płynięcia dostrzegamy obóz badawczy archeologów. Stacjonują nad małą rzeką Czarnoje. 20 studentów i kadra wychowawcza. Częstują nas posiłkiem, potem idziemy obejrzeć „pisanice” — rysunki skalne. Niektóre liczą nawet 10 tysięcy lat! W tym regionie jest jakieś 300 „pisanic” — z różnych epok i z rozmaitymi motywami. Nasz przewodnik Andriej mówi, że na drugim brzegu odkryto ślady pierwotnego człowieka.
Wieczorem do obozu przyjeżdża prof. Kaczmar, uważany za najlepszego archeologa w Jakucji. Naukowiec z krwi i kości. Z temperamentem i charyzmą. Wspólna kolacja pod gołym niebem. Wdaję się z nim w długą dyskusję. Wszyscy zgromadzeni przy stole idą do ogniska, gdzie komary mniej gryzą. A ja i profesor rozmawiamy do rana.
14.07.2003
Jakuck leży na lewym brzegu Leny. Jest ona w tych miejscach dość szeroka. Wiele w niej wysp. Przebijamy się między nimi. Po niemal 6 godzinach docieramy do miasta. Zmęczeni, bez śniadania i po krótkim śnie. Jakuck zaskakuje nas nowoczesnym budownictwem. Mieszka tu ze 300 tys. ludzi. Miasto jest dość schludne i ładne. Wypływamy wieczorem. Marynarze w porcie na pożegnanie przestrzegają, byśmy uważali, bo od Jakucka Lena bardziej przypomina morze niż rzekę. Wspominają o sztormach. Płynęliśmy około 7,5 godziny.
19.07.2003
Do Sangaru — na prawym brzegu Leny, za górą i skalistą ścianą — wiosłujemy 1,5 godz. Boimy się, by go przypadkiem nie ominąć. Nasze zapasy jedzenia są na wyczerpaniu, a przed nami prawie 600 km bezludnego odcinka. Sangar przypomina krajobraz po bitwie — walące się domy i dymy nad miastem. Robimy wielkie sprawunki. Kierownik sklepu pomaga transportować je do kajaków. Potem proponuje wycieczkę. Jadę do jego „letników” — magazynów chłodni: wykutych w skale długich korytarzach (około 100 m) z bocznymi „pokojami”. Przechowuje tam m.in. ryby, mięso z jeleni, reniferów, wieprzowinę i inne artykuły. Gdy na zewnątrz 30° C, w „letniku” -16° C! Po szybkim obiedzie kierownik zabiera mnie do dawnej bazy wojskowej, oddalonej od miasta o 20 km. Potężne anteny wojskowe zwalone przez ludzi zeszłego lata. Niesamowity widok! Złomowisko wież, których wysokość wynosiła 60 m. Do niedawna jeszcze Sangar był miastem „zakrytym”. Jeśli ktoś chciał tu przyjechać, musiał starać się o przepustkę. Płynęliśmy dziś około 5 godzin.
5.08.2003
Rano koło namiotu kroki dużego zwierzęcia. Pewnie jakiś niedźwiedź chciał się wprosić na śniadanie. Wystrzeliliśmy parę razy z pistoletu — straszaka. Płoszymy go.
7.08.2003
Pogoda bardzo dobra. W plecy wieje leciutki wiatr, odpowiedni nurt rzeki. Po mniej więcej 2 godzinach widzimy spore góry. Lena ma około 4 km szerokości. Skalne klify nadal ciągną się na lewym brzegu. W krajobrazie uderzają coraz rzadziej rosnące — i coraz mniejszych rozmiarów — drzewa. Tajga zanika. Płynęliśmy dziś 8 godzin. Do Kisjura zostało niewiele.
12.08.2003
Sztormowa pogoda. Trzymaliśmy się 4 m od brzegu. Bardzo ciężko... Po 4,5 godziny po prawej stronie ukazuje się traperski domek na małym wzniesieniu koło rzeki. Na brzegu motorówka. Przemoknięci, marzymy, by się ogrzać. W chacie przyjmują nas dziadek i babcia. Częstują najlepszym jedzeniem, jakie mają. Pochodzą z Kisjura, a tu „rybaczą” — łapią ryby. Mówili, że w Tiksi śnieg i sztorm. Temperatura powietrza — około 10° C w dzień i 3°C w nocy. Na dalszą drogę dają nam trochę jedzenia i specjalne zapałki, które rozpalają ognisko przy silnych wiatrach. Dziadek usilnie nalega, byśmy je wzięli. Mówi, że rozpalenie ogniska w tych regionach często decyduje o życiu i śmierci. Radzą: zanocujcie w domku traperskim przy Lenie, 10 km stąd. Jest prawie niewidoczny od strony rzeki. Dziękujemy za ich dobroć. Ruszamy dalej. Temperatura powietrza sięga 0° C. Arktyczny wiatr. Jesteśmy mokrzy. Namiot uszkodzony. Marzę, by znaleźć ten domek... Zdradza go pusta beczka po benzynie na brzegu. Z radością wchodzimy do środka. Rozpalamy w piecu. Wyjmujemy rozbite szkło z okienek, przesłaniamy je folią. W domku szybko robi się przyjemnie, ciepło. Wnet zasypiamy. Płynęliśmy 6 godzin.
16.08.2003
Pochmurno. Po paru godzinach minęliśmy wyspę Stołb, uważaną za koniec rzeki. Dalej już tylko olbrzymia delta Leny. Płynęliśmy dziś około 6 godzin.
18.08.2003
Rankiem pogoda nadal pochmurna. Zimno. Wiatr z północnego zachodu. Wyruszyliśmy wcześnie na ostatni odcinek rejsu — na ostatni, jeśli nie zaskoczy nas silny sztorm. 70. dzień na wodzie, w kajakach.
Po 4 godzinach wiosłowania dostrzegamy w oddali Tiksi — nasz cel. 15 km od nas! Nie mieliśmy pozwoleń dla obcokrajowców poruszających się po różnych regionach Rosji. Tiksi podzielona jest na strefy, a my wpływaliśmy do Tiksi 3 — podlegającej wojsku. Spotkanie z pogranicznikami nieuniknione.
19.08.2003
Przyjmuje mnie młody major: „Złamaliście rosyjskie prawo pograniczne” — mówił poważnie —„Musicie ponieść konsekwencje. Zapłacicie karę, 500 rubli (około 17 USD) każdy”. Zapytał, czy to aby nie za dużo i czy jesteśmy w stanie zapłacić? Byliśmy w stanie.
23.08.2003
Cywilny samolot do Moskwy kosztuje prawie 2 tys. dolarów od osoby. Nie stać nas. Podobno czasem wojsko przewozi cywilów. Dostaliśmy od znajomej telefon do pułkownika Kudraszowa. Powiedział, że dzisiaj o godzinie 19 wylatuje samolot do Riazania — to jakieś 200 km od Moskwy. Pułkownik poczeka na nas na lotnisku przy samolocie. Spakowaliśmy się i o godz. 18 jedziemy na lotnisko. Ale lot odwołano. Samolot wystartuje może za dwa dni. Czekamy.
25.08.2003
Samolot wylatuje o 18. Z okien samolotu żegnałem się z Syberią. Mam silne przeczucie, że jeszcze tu wrócę. Nie raz. Koniec przygody i tęsknota za następną.
Ks. Dariusz Sańko
