No i się doigrali — przychodzi na myśl po lekturze wtorkowego „Le Figaro”. Zdaniem tej francuskiej gazety prezydent Francji Nicolas Sarkozy przełożył wizytę w Polsce, która miała się rozpocząć jutro, na połowę maja w związku ze sporami kompetencyjnymi między premierem a prezydentem w sprawie polityki zagranicznej. Kancelarie premiera i prezydenta zgodnie zaprzeczają tym doniesieniom, ale nawet jeśli powody odłożenia wizyt są w rzeczywistości inne, to konflikt na linii premier — prezydent jest faktem. Jak widać staje się też wygodnym pretekstem medialnym dla zagranicznych partnerów. Co gorsza, pretekstem podanym na tacy przez zwaśnionych przywódców Polski.
Nie ma większego znaczenia, kto ma rację w sporze o nominację ambasadorów i kto zwycięży w zabawie pod tytułem „kto kogo o czym nie poinformował”. Te spory, a w znacznej mierze mają one podłoże ambicjonalne, a nie merytoryczne, powinny być rozstrzygane w zaciszu gabinetów, w bezpośredniej rozmowie. Sęk w tym, że obaj sternicy polityki zagranicznej spotykają się dopiero wówczas, gdy już nie mają zupełnie innego wyjścia. Efekt? Podwójna polityka zagraniczna i dezorientacja — z kim w Polsce należy rozmawiać, żeby ustalenia były wiążące.
Można się na prezydenta Francji oburzać, że — jeśli wierzyć „Le Figaro” — wykorzystuje wewnętrzne spory polityczne w Polsce. Ale nie można się obrażać na fakty — polityka to bezlitosna gra, w której wykorzystuje się słabości innych krajów. A w tym przypadku nie trzeba ich długo szukać. Niewykluczone, że Sarkozy był zirytowany nie tyle sporem między Donaldem Tuskiem a Lechem Kaczyńskim, co zdecydowaną reakcją tego ostatniego na wzrost napięcia w Gruzji — Francja prezentowała dość wstrzemięźliwe stanowisko wobec NATO-wskich aspiracji Gruzji i Ukrainy. Gdyby jednak owa „gruzińska” akcja odbywała się w ścisłej koordynacji działań prezydenta i rządu, byłaby znacznie mniejsza możliwość rozgrywania na arenie międzynarodowej wewnętrznych polskich sporów. Tej koordynacji od miesięcy brakuje. Dotychczas było to nasze wewnętrzne zmartwienie. Artykuł we francuskiej prasie może być sygnałem, że konflikt na szczytach władzy przestaje być tylko wewnętrznym problemem.
Adam Sofuł