Paradoks tajemnicy zawodowej: choć nieświadomie wycieka na wszystkie strony, za jej zdobycie trzeba słono zapłacić.
Warszawska spółka ProKoncept ma poważne problemy. Od dwóch lat cienko przędzie — 1,5 mln zł kredytu, drugie tyle u „chłopaków z miasta” na zabójczym procencie. Jakiś leasing? Oczywiście. Ostatnio bank odebrał im dwa egzemplarze Volvo S40. Problemy skarbowe? Jak najbardziej. Poborca podatkowy jest ostatnio częstym gościem. Tak samo zresztą jak komornik, który dwa miesiące temu zajął prywatny samochód prezesa (Audi TT Coupe). ProKoncept od 4 lat nie płaci ZUS, od roku — czynszu, zalega z pensjami kilkunastu pracownikom zwolnionym w zeszłym roku, z miesiąca na miesiąc traci po 3-4 klientów. Pół roku temu wycofał się inwestor strategiczny. Akta w Krajowym Rejestrze Sądowym są permanentnie niedostępne — sumienny radca prawny na bieżąco nanosi wszelkie poprawki...
ProKoncept to „zombi”, ale konia z rzędem temu, kto stwierdzi zgon, nie znając firmy od podszewki. Na zewnątrz jest całkiem wiarygodną spółką — ceny usług dość wysokie, profesjonalna witryna w internecie, fachowa i sprawna załoga, dynamiczny zarząd. Konkurencja wiele by dała, by się dowiedzieć, co naprawdę w trawie piszczy, klienci nabijani w butelkę też byliby wdzięczni za informacje, a i policja — być może — zrobiłaby swoje, gdyby ktoś „życzliwy” się znalazł. Maciek, kierownik sprzedaży i marketingu w ProKoncepcie, ma dosyć, ale nie może nic zrobić. Gdy zaczęło być gorąco, kazali podpisać „lojalkę”. Teraz siedzi i się biedzi. Chce uciekać, szuka nowej pracy, ale łatwo nie jest. Tajemnice ProKonceptu światła dziennego nie ujrzą.
Kwestia przyłbicy
Artur Wiśniewski, wiceprezes wywiadowni gospodarczej Coface Intercredit Poland, mówi, że jego podwładnym często zdarzają się zlecenia, których realizacja wykraczałaby poza granice prawa. Część klientów nie ma pojęcia, czego mogą oczekiwać od legalnych wywiadowców.
— To przeważnie małe podmioty lub osoby fizyczne, szukające haka na żonę czy wspólnika. Takich informacji nie zbieramy — tłumaczy Wiśniewski.
Podkreśla, że jego ludzie nie szpiegują, lecz działają z otwartą przyłbicą.
— Mamy siatkę korespondentów, którzy na zlecenie klienta mogą dokonać wizytacji badanej firmy. Ich podstawowym zadaniem jest jej zlokalizowanie i wnikliwa obserwacja. Wszystko, co zamieszczamy w raporcie, musi być zdobyte w sposób legalny, nie mamy tajnych współpracowników, kretów w firmach itd. — zaznacza Wiśniewski.
Według niego, nielegalne szpiegostwo przemysłowe — takie z mikroaparatami, podsłuchami, skomplikowaną elektroniką — to w Polsce rzadki proceder. Jest sposób prostszy i szybszy: przekupuje się pracownika. Słyszał o firmach, które są w stanie zapłacić nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych za konkretną informację. To najczęściej młode przedsiębiorstwa, które chcą jak najszybciej poznać know-how konkurencji. Szef innej wywiadowni sieciowej wyjawia, że słyszał od jednego z klientów, iż ten współpracuje z byłymi agentami służby bezpieczeństwa PRL. Są oni w stanie zdobyć każdą informację, ale kosztuje to ogromne pieniądze.
— Krąży wiele mitów. Z moich doświadczeń wynika, że zapotrzebowanie na nielegalne informacje jest spore. Takich jednak klient u nas nie znajdzie — zarzeka się anonimowy prezes i zaleca rozmowę z kimś świadczącym usługi detektywistyczne...
Do takich osób zalicza się Andrzej Mikstal, szef Biura Informacji Renoma II. Na wstępie rzuca: „Posiadam licencję, działam w ramach prawa, nie zakładam podsłuchów”. Twierdzi, że w jego zawodzie wystarczą określone umiejętności.
— Chodzi o pewną praktykę, jak praca w służbach, czy zdolności dziennikarskie. To pozwala w sposób zupełnie legalny zebrać interesujące dane — choćby podszywając się pod kogoś. Można to różnie oceniać z punktu widzenia moralności, trudno natomiast się w nich doszukiwać łamania prawa — uważa Mikstal.
O naruszaniu prawa otwarcie mówi za to pan Marek, który każe się nazywać „porucznikiem Borewiczem”:
— Zwykle wystarczy dotrzeć do asystentki prezesa lub sekretarki. One mają najlepszą wiedzę o działalności firmy. Widzą praktycznie wszystkie dokumenty przepływające przez zarząd. To strategiczne stanowiska, często niedoceniane w natłoku interesów.
Porucznik Borewicz od kilkunastu lat jest prywatnym detektywem, pracuje dla firm. Wyjawia, że do sekretarek dociera w różny sposób. Po namierzeniu, trzeba poznać życie osobiste ofiary. Może jest w konflikcie z mężem? Może samotna i potrzebuje kogoś? Podstawienie atrakcyjnego kochanka jest niezwykle skuteczne. A może lubi podróże i nagle się okaże, że wygrała wycieczkę? Albo hazard — uzależnienie finansowe to pętla na szyję... Może być też kwestia bezwzględnego szantażu: „jeżeli nie zrobisz czegoś, to ci porwiemy dzieci, zgwałcimy”. Albo szantaż towarzyski — udokumentowana niewierność.
Czasem detektywom trafia się niezadowolony finansowo pracownik, sfrustrowany — znaczy chętnie dokopie firmie (tym bardziej za pieniądze). Kolejna rzecz: nieuczciwa konkurencja, czyli dotarcie do osoby na stanowisku strategicznym i tekst: „dam ci dwa razy większą pensję”...
— Ja w tym wszystkim biorę udział. Nieuczciwe pozyskiwanie informacji wcale nie należy w Polsce do odosobnionych przypadków. Tyle że oficjalnie nikt nic nie wie — uśmiecha się Borewicz.
Trzask samotności
Rodzaje tajemnic prawnie chronionych są w Polsce zapisane na kartach 64 ustaw. Długo by wymieniać zawody zakwalifikowane przez nasze prawo do kategorii szczególnie obciążonych zaufaniem drugiej osoby. Z dawien dawna należą do nich: adwokat, lekarz i ksiądz.
— Klient musi mieć absolutną pewność, że jego sprawy pozostaną tajemnicą, a prawnik nie wykorzysta ich — powiedzmy — w celu osiągnięcia jakichkolwiek korzyści — mówi Jarosław Grzesiak, partner w kancelarii adwokackiej Dewey Ballantine.
Jak adwokaci znoszą ciężar cudzych tajemnic — często potężnego kalibru?
Według mecenasa Grzesiaka, to olbrzymie obciążenie, przekładające się na życie zawodowe i prywatne. Szczególnie młodzi ludzie w tym fachu odczuwają pokusę, kiedy pojawiają się znane nazwy firm, nazwiska. Często korci ich ujawnienie choćby kilku pikantnych szczególików.
— Złudna droga do popularności. Rzucić na spotkaniu towarzyskim: „A ja o tej sprawie wiem i w rzeczywistości wygląda ona inaczej”... To początek końca kariery, następny krok to utrata reputacji i zaufania klienta — komentuje Grzesiak.
— Jaka jest cena waszej dyskrecji?
— Najtrudniej jest młodym. Ciężko im nie błyszczeć towarzysko przez wiedzę, którą posiedli. Płacą za to samotnością. Znajomi potrafią pytać o wszystko. W takich sytuacjach najlepiej milczeć. Niestety, wiele osób bierze to za arogancję lub brak zaufania. Cena dyskrecji to także ciągłe kontrolowanie się i myślenie, że nosi się w sobie wiele spraw, które na długo muszą pozostać w sekrecie... — tłumaczy Jarosław Grzesiak.
Mówi się, że dużo mniejsze problemy z zachowaniem tajemnicy mają lekarze. Bywa że paplają na lewo i prawo o niecodziennych dolegliwościach pacjentów. Co innego zatrudnieni w prywatnej służbie zdrowia. W tym sektorze dyskrecja jest jedną z najbardziej eksponowanych cech świadczonych usług.
— Bardzo często pracodawcy domagają się informacji o chorobie pacjenta. Zwykle są pewni siebie. Niestety spotyka ich rozczarowanie, bo nie mają żadnego prawa do informacji o stanie zdrowia swojego pracownika. Firmy ubezpieczeniowe też często dzwonią w tej sprawie i też są odsyłane z kwitkiem. Niewiele osób zdaje sobie sprawę, że tajemnica lekarska wykracza daleko poza próg gabinetu — ubolewa dr Elżbieta Ptak, kierownik Centrów Medicover w Krakowie i zastępca dyrektora ds. klinicznych spółki.
Dodaje, że tylko jednostki wiedzą, iż tajemnica obowiązuje lekarza również po śmierci pacjenta. Jeśli zmarły nie wypełnił stosownych formularzy, lekarz prowadzący nie może ujawnić ani historii choroby, ani przyczyn zgonu. Mało tego: pacjent może zastrzec już na pierwszej wizycie, że nie życzy sobie, by ktokolwiek i kiedykolwiek dowiedział się o jego chorobie.
— To całkowita tajemnica! Informacja, że ktoś obok nas pracował z chorobą nowotworową, może nigdy nie wyjść na jaw — mówi Elżbieta Ptak.
Ciężko? Są tacy, którzy twierdzą, że dużo większy ciężar gatunkowy ma tajemnica spowiedzi...
— Jest absolutna! Ma charakter sakramentalny! Tu wszystko odbywa się zupełnie inaczej niż u adwokata — w wymiarze metafizycznym! Przecież w ten sposób ktoś wyznaje swoje winy wobec Boga! — grzmi ks. Andrzej Luter.
I dodaje: „Jest naprawdę ciężko, jeżeli spowiednik autentycznie przeżywa powierzone mu grzechy”. Mówi, że każdy przypadek jest inny — od banałów po dramaty życiowe.
Ale zazwyczaj bywa tak, że kiedy ktoś przychodzi do spowiedzi, to coś go musiało trzasnąć, musi z wnętrza wszystko wyrzucić... Miał raz taką spowiedź: mężczyzna koło 40. Mówił: „Ot, przechodziłem koło kościoła, to wpadłem. Właściwie nie wiem dlaczego? Ksiądz Luter mu na to: „może się pan wyspowiada?”. No i został. Miał swój biznes, pracował non stop, ciągły stres. I nagle zrozumiał, że jego życie nie ma sensu. Bywa...
Czynnik ludzki
Prawnik, lekarz, ksiądz — to dość szczelne „korki”, które tajemnice zatrzymają. Ale to margines. Biznesowe sekrety — często nieświadomie — wypływają szerokim strumieniem. Przypadki firmowych przecieków najczęściej nie są ujawniane. Rzadko ktoś je zgłasza do organów ścigania i w ogóle niewiele publicznie się o nich rozprawia.
— Firma niechętnie się przyzna, że ktoś coś wyniósł, bo to od razu bije w jej wiarygodność. Nie ma się czym chwalić. Po co psuć wizerunek? — komentuje komisarz Krzysztof Jaskólski, specjalista ds. bezpieczeństwa w biznesie z Biura Taktyki Zwalczania Przestępczości Komendy Głównej Policji.
Tajemnice zawodowe to szczególnie drażliwy temat w sektorze nieruchomości. Anna Staniszewska z międzynarodowej agencji nieruchomości DTZ niechętnie rozmawia o ochronie tajemnicy firmowej, bo to... tajemnica. Udziela zdawkowej odpowiedzi: „podstawowym zabezpieczeniem chroniącym firmę przed wyciekiem informacji są klauzule poufności”. Mówi, że w przypadku ujawnienia informacji można ponieść konsekwencje.
— Jakie?
— Po prostu stracić pracę. To wszystko — ucina.
— W tej branży bardzo ważna jest usługa reprezentacji najemcy. Mamy opracowaną listę ze szczegółowo opisanymi działaniami i to jest właśnie coś, czego nikomu nie pokazujemy — uzupełnia Magda Lipko z Colliers International.
A jeden z agentów nieruchomości dodaje, że swego czasu był zmuszony do podpisania zobowiązania, że w okresie 3-6 miesięcy po rozwiązaniu z firmą umowy o pracę nie będzie pracował u konkurencji. Uważa, że akurat w nieruchomościach to absolutna głupota, bo w tej branży poufne informacje o klientach czy know-how spółek to niezwykle żywy towar — przekazywane są na bieżąco z ust do ust: „często przy piwku wymieniamy się wiedzą. Układ jest taki: jak mi coś powiesz, nie pozostanę dłużny”.
Nietrudno się domyśleć, że ten swoisty handel wymienny nie jest wyłącznie domeną branży nieruchomościowej. Według komisarza Jaskólskiego, nielojalni pracownicy to jedno z najpoważniejszych zagrożeń utraty wiarygodności.
— Ludzi traktuje się różnie, a ten element systemu bezpieczeństwa najczęściej zawodzi. Kilka miesięcy temu informatycy jednej z sieci handlowych zgrali bazę danych, która dla tego profilu działalności jest bezcenna i poszli z ofertą do sieci konkurencyjnej. Najciekawsze, że zarabiali naprawdę dobre pieniądze, a w dodatku zażądali w zamian tak niskich kwot, że sprawa wydała się podejrzana i konkurencja zgłosiła to na policję. Przykład irracjonalnego działania? Dziwna sprawa? — pyta retorycznie.
Plaga nieświadomości
Jak się ustrzec przed przeciekiem? Sejfy? Są stosowane. Dziś jednak rzadko trzyma się w nich gotówkę. W Coface Intercredit trafiają tam najczęściej twarde dyski, zawierające na przykład backupy danych strategicznych z punktu widzenia działalności firmy. Do tego można dołożyć stosy specjalnych procedur. Poza tym tworzy się całe zespoły specjalistów ds. bezpieczeństwa, specjalne działy bezpieczeństwa wewnętrznego. W spółkach skarbu państwa zatrudnia się aktualnych agentów służb specjalnych. Podmioty prywatne sięgają zwykle po byłych. Są też systemy kodowania...
— Każdy duży projekt ma swój kod. Nigdy nie mówimy na przykład, że pracujemy przy ofercie PKO BP, tylko „projekt Babilon”. Gości i klientów przyjmujemy tylko w sekcjach czystych, czyli tam gdzie nie ma żadnych dokumentów. Nie możemy pracować w domu, papiery nie mogą opuszczać sekcji zamkniętych — narzeka pracownik międzynarodowej firmy konsultingowej o „zaostrzonym rygorze”.
Stosowanie takich zabezpieczeń potwierdza Jarosław Grzesiak. Uważa, że same z siebie jeszcze nie stanowią gwarancji poufności, ale zabezpieczają przed głupimi wpadkami, typu „ktoś gubi teczkę, niosąc dokumenty na spotkanie z klientem” itp.
— Na pierwszy rzut oka wiele tych wymagań może utrudniać życie, ale jak wytłumaczyć dużemu, międzynarodowemu koncernowi, że młody aplikant, który miał przez weekend pracować, podczas swojej długiej piątkowej drogi do domu zgubił w pubie teczkę z dokumentami. Potem wielka fuzja wisi na włosku i koniec dobrze zapowiadającej się kariery — komentuje partner Dewey Ballantine.
Procedury bezpieczeństwa bywają kłopotliwe dla Macieja Molewskiego, dyrektora Departamentu Sprzedaży Bezpośredniej Deutsche Bank PBC. Ale jego zdaniem to kwestia wyrobienia w sobie pewnych nawyków: odchodząc od biurka, nie można pozostawiać żadnych dokumentów, w rozmowach z kolegami czasami trzeba pewne sprawy pozostawić dla siebie. To proste — komentuje Molewski.
Niektóre firmy starają się zabezpieczyć bazy danych, ograniczając możliwość kopiowania zawartości twardych dysków na dyskietkę czy CD-ROM. Demontują z komputerów takie napędy.
— W DTZ nie stosujemy takich zabezpieczeń. W dobie internetu nie mają sensu — zauważa Anna Staniszewska.
Przy okazji internetu warto wspomnieć, że coraz częściej właśnie tą drogą wypływają z firm cenne informacje. Pewna wywiadownia w zeszłym roku zorganizowała ciekawy eksperyment.
— Zdjęliśmy zabezpieczenia z bazy danych na godzinę i w tym czasie zarejestrowaliśmy 384 ataki hakerów. Najwięcej z krajów byłego ZSRR. W bazie całego holdingu znajduje się ponad 5 mln zarejestrowanych firm. Było się o co bić — uśmiecha się jej prezes.
A komisarz Jaskólski podkreśla: „Standardowym zabezpieczeniem firmy przed utratą reputacji jest tzw. lojalka”. Według niego, to jeden z podstawowych dokumentów, które powinien podpisać nowo przyjęty pracownik. Ale poleca też pracodawcom zrobienie krótkiego testu. Należy zapytać pracownika, czy wie, do czego się zobligował? Jego zdaniem, zdecydowana większość odpowie: „Nie”. Dlatego, że nikt nigdy nie zadaje sobie trudu sprawdzenia, do czego właściwie się zobowiązał, przychodząc do pracy.
— Nieświadome zdradzanie tajemnicy jest dzisiaj plagą. Ludzie po prostu nie wiedzą, co tak naprawdę nią jest — twierdzi Krzysztof Jaskólski.
Zobowiązania
Niestety, kierownik sprzedaży i marketingu w spółce ProKoncept dobrze wiedział, co podpisuje. Przez to jego lojalność codziennie wystawiana jest na ciężką próbę. Bezradny i wściekły codziennie obserwuje, jak w jego firmie korumpuje się urzędników państwowych. Podpisuje umowy z klientami i musi trzymać język za zębami.
Komisarz Jaskólski pociesza, że w tym przypadku żadna lojalka nie zobowiązuje do milczenia, bo nic nie może zmusić pracownika do kłamstwa, a o łamaniu prawa należy zawsze zawiadomić właściwe organy. Ale cała reszta, związana z sytuacją finansową firmy, to już kwestia sumienia... Maciek w to nie wierzy, kłamie codziennie, bo musi. Nikomu nie ufa, nawet żonie już nie opowiada, jak „miasto wpada po dług” — żeby się nie martwiła. Jest mu coraz ciężej z tymi firmowym sekretami. Może by i poszedł się wyspowiadać, ale księdzu też jakoś nie ufa. Do prawnika? Nie stać go. Zresztą: po co?
I choć to wszystko najprawdziwsza prawda, to ów nieszczęsny kierownik marketingu wcale nie ma na imię Maciek, a jego firma nie nazywa się ProKoncept. Jak? A to już obszar objęty tajemnicą dziennikarską…
