Dziecięcy dół zamiast wyżu

Jacek Kowalczyk
01-04-2010, 00:00

Demografowie ostrzegają:

Czarna prognoza mówiąca o kurczeniu się populacji Polaków jest już nieaktualna. Ma być jeszcze gorzej

Demografowie ostrzegają:

społeczeństwo starzeje się

szybciej, niż sądzili.

To przez dekady będzie

kulą u nogi gospodarki.

Ubiegły rok był drugim z rzędu, kiedy przyrost naturalny nad Wisłą był dodatni. Przybyło 31 tys. Polaków. Wcześniej przez jedenaście lat populacja kurczyła się, łącznie o 179 tys. osób. Ale na tym dobre wiadomości się kończą. Demografowie biją na alarm — dodatni przyrost jest zdecydowanie za mały jak na tę fazę cyklu demograficznego, a negatywne tendencje jeszcze się w ostatnich latach pogłębiły. W najbliższych dekadach grono Polaków będzie kurczyło się w oczach.

Pobożne życzenia

Według prognozy Głównego Urzędu Statystycznego (GUS) sprzed dwóch lat, do 2035 r. populacja ma skurczyć się o 2,2 mln osób, liczba osób w wieku produkcyjnym spaść z 24,5 mln do 20,7 mln osób, a emerytów wzrosnąć z 6,2 mln do 9,6 mln. Te wyliczenia przeraziły ekonomistów — wynika z nich, że za 25 lat jeden pracownik będzie miał na utrzymaniu — oprócz rodziny — dwóch emerytów. Dziś GUS ostrzega, że może być jeszcze gorzej.

— Tamta prognoza okazuje się zbyt optymistyczna, będziemy musieli ją zrewidować. Starzenie się społeczeństwa postępuje jeszcze szybciej. Przez ostatnie dwa lata negatywne tendencje demograficzne — np. fatalne skutki masowej emigracji — jeszcze się pogłębiły — przyznaje Lucyna Nowak, dyrektor departamentu badań demograficznych GUS.

Według obliczeń urzędu, dodatni przyrost naturalny będziemy obserwować jeszcze przez cztery lata. Od 2014 r. populacja znowu zacznie się kurczyć. To skutek przede wszystkim bardzo niewielkiej liczby urodzin. W połowie lat 80. rodziło się rocznie 700 tys. dzieci. Teraz urodzeń jest 400 tys. rocznie (mimo że osoby urodzone w szczycie wyżu demograficznego mają dziś 27 lat), a za 15 lat ma ich być 300 tys. Skąd tak gwałtowne wyhamowanie prokreacji? Przede wszystkim Polacy coraz rzadziej decydują się na dziecko.

— Wskaźnik dzietności wynosi obecnie poniżej 1,5 [sto kobiet rodzi przeciętnie mniej niż 150 dzieci — red.]. Następne pokolenie będzie więc o 25 proc. mniej liczne. To nakręca spiralę, bo to mniejsze pokolenie też urodzi mniej dzieci — tłumaczy Janina Jóźwiak, profesor Szkoły Głównej Handlowej (SGH).

Plemniki w pułapce

Ponadto demografowie ostrzegają, że polskie społeczeństwo wpada w tzw. pułapkę niskiej płodności. Mniejsza liczba urodzeń zagraża systemowi emerytalnemu i obciążą pracowników (podatników), a to odbija się na sytuacji gospodarczej.

— Im gorszą sytuację finansową mają rodziny, tym mniej mają dzieci — wyjaśnia Janina Jóźwiak.

Ponadto jeśli dziecko nie ma licznego rodzeństwa, gdy dorośnie, samo chce mieć mniej dzieci.

— Badania pokazują, że dzieci przenoszą model rodziny z pokolenia na pokolenie. Z tej pułapki trudno będzie nam się wydostać — przestrzega prof. Jóźwiak.

Problem spadku urodzeń wynika też stąd, że kobiety coraz później decydują się na dzieci. Jeszcze dekadę temu co trzeci poród był odbierany od kobiety w wieku 20-25 lat, dziś to już tylko co piąty. Dziesięć lat temu co szóste dziecko rodziła kobieta między 30. a 35. rokiem życia. Teraz to co czwarte rodzące się dziecko.

— Obecny przyrost naturalny bierze się w dużej mierze z tzw. efektu nadrabiania. Bardzo często rodzą teraz kobiety, które długo odkładały decyzję o dziecku i wreszcie się zdecydowały. To obniża dzietność, bo im później kobieta decyduje się na dzieci, tym większe są bariery biologiczne i tym mniejsza jest skłonność kobiet do rodzenia kolejnych — mówi prof. Irena Kotowska, kierownik zakładu demografii SGH.

Analizy demografów pokazują, jak nieskuteczna jest polityka prorodzinna. Becikowe i odpis podatkowy na dzieci, podstawowe narzędzia rządu mające skłaniać Polaków do zakładania rodziny, okazują się drogą donikąd.

— Potrzebne są inne, niestandardowe działania, np. ułatwienia w otwieraniu żłobków i przedszkoli, rozwijanie elastycznych form zatrudnienia, np. praca przez telefon, czy upowszechnianie urlopów macierzyńskich. Diagnoza jest znana od lat, trzeba te rozwiązania w końcu wdrożyć — mówi Joanna Kluzik-Rostkowska, była minister pracy i polityki społecznej w rządzie PiS.

Pocieszające może być to, że we wtorek Rada Ministrów wreszcie przyjęła tzw. ustawę żłobkową — rozwiązanie, które od kilku lat w formie różnych dokumentów nie może przebić się przez legislacyjną machinę.

Jacek

Kowalczyk

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Kowalczyk

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Dziecięcy dół zamiast wyżu