Dzięki muzyce pokonałem raka

ROZMAWIA ARTUR CIECHANOWICZ
18-11-2011, 00:00

Pamięta Pan moment, kiedy po raz pierwszy pomyślał, że chciałby zostać śpiewakiem?

Oczywiście, to było wtedy, gdy obejrzałem film „The Great Caruso” w reżyserii Richarda Thorpe’a z legendarnym tenorem Mario Lanzą w roli głównej. Od tamtej chwili postanowiłem, że zostanę tenorem. Choćby nie wiem co!

Nie chciał Pan jako chłopak zostać strażakiem czy muszkieterem?

Nie. Zawsze chciałem śpiewać i zawsze śpiewałem. Kiedy miałem pięć lat, wyjechaliśmy z rodziną na rok do Argentyny w poszukiwaniu lepszego życia, uciekając przed represjami reżimu Francisco Franco. Zgodnie z rodzinną legendą zabawiałem ludzi na transatlantyku śpiewem. Kiedy miałem 11 lat – co już doskonale pamiętam – po raz pierwszy zaśpiewałem w operze, w prestiżowej Liceu Barcelona. I była to całkiem duża partia na sopran.

Jaką drogę musiał Pan pokonać, żeby dojść na szczyt w tej profesji? Bo zdaje się, że świat operowy jest bardzo hermetyczny.

Ważne rzeczy w życiu nie przychodzą łatwo. Choć muszę przyznać, że ja miałem dużo szczęścia. Po prostu mój talent został odpowiednio wcześnie zauważony – zaraz po pierwszym poważnym występie w Barcelonie. Zebrałem wtedy znakomite recenzje, a co jeszcze ważniejsze, ludzie mnie szanowali. Od tej chwili wszystko potoczyło się w zawrotnym tempie. Zaczęły się występy w mediolańskiej La Scali, Staatsoper w Wiedniu i nowojorskiej Metropolitan Opera. W samym Wiedniu wystąpiłem 148 razy w 22 różnych rolach. Miałem okazję pracować z największymi dyrygentami i śpiewakami. Wzruszam się za każdym razem, kiedy pomyślę, że tworzyłem wspólnie z Leonardem Bernsteinem, Claudiem Abbado, sir Colinem Davisem i – jego wspominam z największym wzruszeniem – Herbertem von Karajanem. Miałem zaszczyt pracować z nim 12 lat z rzędu.

W jakim repertuarze czuje się Pan najlepiej? A może komfort to raczej kwestia towarzystwa, o którym Pan mówi?

Pewnie tak, bo trudno mi wymienić ulubionego kompozytora. Jeśli jednak chodzi o rolę, to najlepiej czułem się chyba jako Rodolfo w „La Bohème” i Don José w „Carmen”. Obecnie bardzo lubię wykonywać romantyczne, pełne pasji pieśni włoskie i hiszpańskie. Najlepiej oddają one ducha regionu, z którego pochodzę – wybrzeża Morza Śródziemnego.

Dzisiaj w operze pojawia się coraz więcej nowoczesnych elementów – zaczynając od strojów i pokazów mody, a kończąc na laserowych performance’ach. Co Pan sądzi o tej tendencji?

Nie przeszkadza mi to. Potrafię sobie wyobrazić daleko idące unowocześnienia, współczesne elementy, o ile oczywiście nie niszczą one piękna opery. Nie mogą bowiem zakłócać opowieści i muzyki. Należy szanować intencje kompozytora i libretto.

A w jakiej Pana zdaniem kondycji jest współczesna opera? Niektórzy krytycy twierdzą, że przeżywa właśnie swój renesans.

Opera nigdy nie była w złej kondycji, a tzw. renesans to zjawisko polegające przede wszystkim na tym, że dynamicznie rozwijające się kraje mają nie tylko nienasycony apetyt na dobra konsumpcyjne, ale też zaczynają pochłaniać światową kulturę. Proszę zauważyć, ile teatrów operowych powstaje w Chinach i Zjednoczonych Emiratach Arabskich. W samej Europie popyt też jest ogromny. Nie sądzę więc, żeby mówienie o renesansie było właściwe. Tak naprawdę opery nigdy nie dotknęła recesja.

W latach 80. zdiagnozowano u Pana ostrą białaczkę. Lekarze dawali panu 10 proc. szans na przeżycie, mimo to pokonał Pan chorobę. Jaką rolę w tym zwycięstwie miało śpiewanie? Było swoistym lekarstwem?

Owszem. Śpiewanie to najważniejsza część mojego życia. Jestem szczęściarzem, bo mogę pracować, robiąc to, co kocham, czyli śpiewać. Pomogło mi także słuchanie muzyki klasycznej. Do dziś pamiętam, że gdy byłem chory, miałem trudne momenty, słuchałem koncertów fortepianowych Rachmaninowa.

Domyślam się, że słuchanie klasyki i śpiewanie to jednak tylko część pańskiego życia. Ma Pan inne pasje?

Muzyka klasyczna to oczywiście moja największa pasja. Mogę to powtarzać do znudzenia, ale mnie ona nigdy się nie znudzi. Choć słucham też innych gatunków. Bardzo lubię Eltona Johna, Toma Jonesa, Stinga i Franka Sinatrę. Poza tym dużo czytam, zwłaszcza kiedy jestem daleko od domu. Czytanie to dla mnie najlepszy sposób na relaks. Jednak moją największą pasją po muzyce klasycznej jest piłka nożna. Kiedy tylko jestem w Barcelonie i gra moja drużyna, nigdy nie przepuszczam okazji, żeby pójść na mecz. Jeśli nie mogę obejrzeć go z trybun, staram się dopaść do jakiegoś telewizora albo chociażby zobaczyć powtórkę w komputerze.

Mam wrażenie, że lubi Pan wracać do Polski. Właśnie odbył się kolejny Pana koncert w warszawskiej Sali Kongresowej. Czy jest coś wyjątkowego w naszym kraju, co Pana tu przyciąga?

Tak. To piękno miast i prowincji. Ale przede wszystkim ciepło publiczności. Polacy są wyjątkowo dobrze wykształceni, jeśli chodzi o muzykę. Nie ma się zresztą czemu dziwić – wasza muzyczna historia jest legendarna.

Pana koncert jest częścią europejskiej trasy, którą świętuje Pan 65. urodziny. Myśli Pan czasem o emeryturze?

Oczywiście, że tak. Ale mam przeczucie, że Bóg pozwoli mi jeszcze pracować przez kilka lat.

Znamy José Carrerasa ze sceny. Nosi smoking, muszkę i zachowuje się jak kataloński arystokrata. A jaki José Carreras jest na co dzień?

No cóż, potrafię też ubrać się luźno, w dżinsy. A na pozostałą część pytania powinni raczej odpowiedzieć moi przyjaciele lub rodzina. Byłbym nieskromny – a wbrew pozorom jestem – gdybym sam na nie odpowiedział. &

José Carreras

podczas warszawskiego koncertu znów udowodnił, że potrafi zaśpiewać wszystko i zahipnotyzować tym publiczność – zarówno mocne, rytmiczne „Canción Húngara” José Serrana i „The Impossible Dream” z musicalu „Człowiek z La Manchy”, jak i klasykę operową Verdiego, a także wzruszającą włoską pieśń Salvatore Cardilla.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: ROZMAWIA ARTUR CIECHANOWICZ

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Waluty / Dzięki muzyce pokonałem raka