Dziękuję za zaproszenia

Andrzej Nierychło
opublikowano: 2005-11-23 00:00

Z kopert służbowej korespondencji, jaką otrzymuję, prawie codziennie wypadają ostatnio kolorowe lśniące katalogi. Towarzyszą im uprzejme pisma zachęcające do zakupu, a to koszy delikatesowych, a to markowych win, luksusowych wiecznych piór, kalendarzy firmowych, a nawet integracyjnych imprez szkoleniowych ulokowanych w swojskich okolicach, a także na wyspach Pacyfiku lub w dżungli amazońskiej.

No i fajnie. Cieszę się, że rynek się rozwija, bo skoro jest podaż, to pewnie jest i popyt. Jeśli ktoś chce wywieźć pracowników na tydzień do Brazylii, to widocznie wie, co robi i nie ma powodu, by od razu zakładać, że za tropikalne szaleństwa pana Kazia z działu zaopatrzenia i pani Krysi z księgowości zapłaci urząd podatkowy i szary podatnik. Może naprawdę doskonale wywiązują się z obowiązków i firma ma prawo im to wynagrodzić.

Nie rozumiem tylko, dlaczego większość tych reklamówek kończy się zwykle zdaniem „Zapraszamy do współpracy!”. Cóż to jest u licha za „współpraca”, jeśli ktoś sprzedaje, a ja kupuję? Czy ja współpracuję ze sklepem, gdy idę po bułkę? Jeśli tak, to współpracuję także z kioskarzem, pocztą, firmą tramwajową, totolotkiem i straganem z zieleniną. Mam dziesiątki i setki współpracowników, tyle że z tej rozbudowanej współpracy nic nie wynika, nie powstaje z tego żadna nowa jakość. Poza zjedzeniem bułki, oczywiście.

Domorośli specjaliści od marketingu próbują na siłę zmieniać znaczenie słów i rozciągać znaczenie pojęć. Wszystko po to, aby zwrócić uwagę akurat na swój produkt i swoją ofertę. Tyle tylko, że gdy zaczynają to robić wszyscy, zabieg kompletnie traci sens i powstaje semantyczna kakofonia. Marketing i reklama mają swoje prawa i swój warsztat, ale obok nich istnieje jeszcze zwykła logika.

Może zatem lepiej pozostańmy przy konserwatywnej formule, że sprzedaż to sprzedaż, a współpraca zaczyna się tam, gdzie dwóch partnerów pragnie stworzyć coś nowego. Wówczas obie strony angażują środki, ale także szare komórki i obie decydują się na podjęcie ryzyka. Ten ostatni czynnik wydaje się najważniejszy — wspólne ryzyko jest podstawowym warunkiem autentycznego partnerstwa, najlepiej je konstytuuje i cementuje.

A w ozdobnych firmach i błyszczących folderach najlepiej pisać prawdę: zapraszamy do kasy.