Zamknięte firmy i urzędy. Tysiące ludzi na ulicach i brak informacji w mediach. To efekt rządowych oszczędności.
Zamknięte szkoły, urzędy, większość banków oraz wielkich firm sektora publicznego. Brak kursujących autobusów, metra, pociągów, promów oraz samoloty zamknięte w hangarach. Na ulicach tysiące ludzi ścierających się z policją. To nie scenariusz kolejnego hollywoodzkiego thrillera. Tak wczoraj wyglądała Grecja.
To skutek zapowiedzi rządu dotyczących cięcia pensji oraz podnoszenia podatków w ramach walki z kryzysem finansów publicznych. Dzięki tym działaniom włodarze Hellady chcą zaoszczędzić 4,8 mld EUR. To jeden z wielu negowanych przez społeczeństwo zabiegów służących obniżaniu tegorocznego deficytu budżetowego z 12,7 proc. PKB w 2009 r. (najwyższego w Unii Europejskiej).
— Dotychczasowe decyzje podjęte przez rząd są niesprawiedliwe, rząd chce pracowników, którzy nie wywołali tego kryzysu, uczynić jego ofiarami — grzmi Stathis Anestis ze związku zawodowego GSEE reprezentującego 2 mln pracowników sektora prywatnego.
Do protestujących przyłączyli się nawet dziennikarze. W efekcie Grecy zostali odcięci od jakichkolwiek informacji.
Zdaniem ekonomistów, rząd w Atenach powinien obrać inną drogę.
— Nie można pobudzać gospodarki wyższymi podatkami i obniżaniem pensji — ostrzega Nicola Facciorusso z banku Sal. Oppenheim.
Jego zdaniem, aby zmniejszyć deficyt, Grecja powinna sprywatyzować wszystkie aktywa kontrolowane przez państwo, włączając te, które nie są notowane na giełdzie.
Z najnowszej prognozy Deutsche Banku (DB) wynika, że w tym roku grecka gospodarka skurczy się o około 4 proc., czyli najmocniej od trzydziestu lat. Tymczasem rząd oczekuje tylko 0,3-procentowego tąpnięcia.
To jednak nie koniec złych informacji. Do 2012 r. bezrobocie sięgnie aż 20 proc. — twierdzą ekonomiści DB. Rząd uważa jednak, że maksymalny poziom to 10,5 proc.
— Wysiłki zmierzające do ograniczenia zadłużenia będą bardzo bolesne społecznie — twierdzi Thomas Mayer, ekonomista DB.