Dziś w PB: naraził się wielu, grał va banque, został sam

opublikowano: 2003-01-17 08:02

— Pierwszy rok kadencji chciałem przeznaczyć na sprzątanie i przygotowanie programów. I to wszystko zostało zrobione. Zamierzenia zrealizowałem na poziomie osiemdziesięciu kilku procent. To dużo – powiedział w wywiadzie udzielonym Pulsowi Biznesu Wiesław Kaczmarek. Były minister skarbu był zaskoczony decyzją premiera, który zdecydował o jego odwołaniu.

„PB”: Ile Pan zarobił w ciągu 14 miesięcy sprawowania urzędu ministra skarbu?

Wiesław Kaczmarek: Netto nie pamiętam, ale brutto miesięczne wynagrodzenie ministra wynosi około 12 tys. zł...

...czyli blisko 170 tys. Czy zapracował Pan na te pieniądze, bo za dużo to się Pan nie naprywatyzował?

— Zdecydowanie tak. Uważam, że poziom wynagradzania urzędników w Polsce jest dramatycznie niepoważny w stosunku do skali ryzyka, jakie podejmują, i odpowiedzialności, którą ponoszą.

A jakie ryzyko Pan podjął?

— Ryzyko zmiany strategii prywatyzacyjnej, która obowiązywała do tej pory, przygotowania kilku programów sektorowych, których nie było. Ryzyko sprzątania po paru projektach prywatyzacyjnych, które były prowadzone źle. Po 14 miesiącach nie mam najmniejszych wątpliwości, że miałem rację.

Co Pan posprzątał?

— Po pierwsze, należało zmienić proces prywatyzacji PZU. To samo dotyczy sektora paliwowego. W fatalnym stanie odziedziczyłem również przekształcenia Wydawnictw Szkolnych i Pedagogicznych (WSiP). Kiedy przyszło do finalizowania transakcji, okazało się, że firmy Uniprom, wybranej na inwestora dla WSiP, już nie ma, ogłosiła upadłość. Przyszło mi ratować LOT. Musiałem też podjąć ryzyko wznowienia działalności w Ursusie i próbę — niestety nieudaną — odwrócenia transakcji prowadzącej do upadłości Bison-Bial. Takich projektów jest sporo. Wiele z nich nie było nagłośnionych w mediach. Gdybym sporządził „testament”, byliby państwo zdziwieni, jak wiele spraw zostało załatwionych...

...i w nagrodę został Pan odwołany...

— ...a przede wszystkim została sformułowana strategia prywatyzacji na lata 2002-05 i programy dla sektorów: bankowego, ubezpieczeniowego, energetyki, gazu. Prospekt emisyjny euroobligacji PGNiG był przygotowany tak, że ograniczał możliwości restrukturyzacji i rozwoju tego przedsiębiorstwa. Dostaliśmy projekty w fatalnym stanie, całkowicie nieprofesjonalne. Kiedy pytałem doradców, dlaczego tak to zrobiono, odpowiadali, że taka była wola polityczna. A na woli politycznej nie można budować procesów ekonomicznych, bo to się kończy katastrofą.

Czyli miał Pan mnóstwo pracy i pewnie dlatego nie znalazł Pan czasu na prywatyzację?

— O prywatyzacji nie decyduje tylko determinacja ministra, ale również reakcja rynku. Z ostatniego raportu OECD wynika, że w należących do niej krajach, ze szczególnym nasileniem procesów prywatyzacyjnych mieliśmy do czynienia w latach 1999-2000. Od tego czasu intensywność prywatyzacji ciągle spada. Wiąże się to z całą serią rozczarowań inwestycyjnych — choćby w sektorze telekomunikacyjnym. Mamy też do czynienia z przeceną rynku ubezpieczeniowego, konsolidacją firm bankowych poszukujących redukcji kosztów. W pewnym momencie powiedziano stop — nie finansujemy kolejnych akwizycji. Mieliśmy więc do czynienia z jednej strony — z wychłodzeniem nastrojów inwestorów zewnętrznych, a z drugiej — z brakiem silnych grup krajowych, które byłyby zdolne skorzystać z takiej okazji. Krajowi inwestorzy są w stanie wykorzystywać tylko dźwignię finansową — przyłączyć się do innego inwestora i zrealizować z nim operację, a później skonsumować sukces finansowy, korzystając np. z opcji wyjścia.

Czy nie padł Pan przypadkiem ofiarą zmowy polskich oligarchów?

— O to muszą państwo zapytać oligarchów, bo nie czuję się ani upoważniony, ani kompetentny, ani zobowiązany do udzielania odpowiedzi na takie pytanie. Nie chcę posługiwać się filozofią, która mówi, że w Polsce nic nie odbywa się normalnie, lecz — zgodnie z teorią spisku — pod dyktando jakiejś grupy interesów. Oczywiście jest wiele przykładów, że tak się dzieje, i ta tendencja wyraźnie narasta, ale ja nie mam wrażenia, że padłem ofiarą specjalnie obmyślonego spisku. Chcę podkreślić, że istnieje coś takiego, jak racja stanu, interes ekonomiczny Polski... On nie musi być zawsze tożsamy z tym, co myśli jeden czy drugi inwestor. Gdybyśmy podejmowali decyzje w ten sposób, oznaczałoby to, że tylko udajemy, że rządzimy.

Był Pan zaskoczony decyzją premiera?

— Tak.

Pełny tekst wywiadu z Wiesławem Kaczmarkiem znajdziesz w dzisiejszym ‘Pulsie Biznesu’. Zapraszamy do lektury.