Paweł Horbaczewski z zacięciem szyje średniowieczne stroje, śledząc przy tym losy netfliksowych bohaterów. Aczkolwiek, jak ze smutkiem przyznaje, ostatni rok pod tym względem całkowicie stracił, poświęcając się bez reszty interesom. W końcu jego firma, Arta Tech, mimo że nie skończyła nawet dziesięciu lat, prowadzi negocjacje z kontrahentami niemal z całego świata — od USA przez ZEA, Arabię Saudyjską po Japonię. Za Arta Tech stoją nowoczesne systemy, integrujące e-czytniki z cyfrowymi treściami, a także inkBook — e-reader, czyli urządzenie przeznaczone do wyświetlania i czytania tekstów zapisanych w formie cyfrowej. Choć przeciętny pożeracz e-booków słyszał głównie o Kindlu, Paweł Horbaczewski szacuje, że Arta Tech ma co najmniej 30 proc. udziałów w sprzedaży e-czytników na polskim rynku, notując kilka milionów EUR obrotów rocznie.
Paweł Horbaczewski jest absolwentem Politechniki Wrocławskiej, specjalistą od systemów i sieci komputerowych. Pracował już jako student — zaczął od uczelni, gdzie zajmował się administrowaniem, budową i rozwojem wewnętrznej infrastruktury informatycznej Wydziału Elektroniki. Pod koniec studiów założył z kolegą niewielką agencję interaktywną, projektującą głównie strony WWW. Po obronie pracy magisterskiej trafił do wrocławskiej firmy windykacyjnej Ultimo. Rozwijał tam systemy baz danych i procesów obsługi biznesowej. Czuł jednak, że może więcej. Zdecydował się na kolejny krok: w 2009 r. założył firmę Arta Tech, finansując ją najpierw z własnej pensji.
— Pomysł podsunął mi ojciec, który miał podobne problemy jak ja — lubił podróżować i dużo czytać. Zabieranie wielu książek, zwłaszcza przy podróżach lotniczych, często się kończy dopłatą za nadbagaż albo innymi nieprzyjemnościami, np. szczegółową kontrolą w urzędzie celnym — wzdycha biznesmen.
W Arta Tech powstała najpierw jedna z pierwszych w kraju platform dla technologii do obsługi e-booków. Spółka była też dystrybutorem e-readerów Boox — sprowadzała urządzenia od chińskiego dostawcy Onyx International i wprowadzała do nich zmiany, dostosowując do potrzeb klientów i rynku. Gdy Arta Tech zadebiutowała z czytnikiem książek elektronicznych w 2009 r. na krakowskich Targach Książki, zdania publiczności były podzielone. Jedni podeszli do e-czytników z entuzjazmem, inni z nieufnością, a branża wydawnicza — z wrogością.
— Wydawcy traktowali wówczas e-booki jako zamach na odwieczny porządek świata. Myśleli, że chcemy ukraść cały biznes. Na szczęście szybko zrozumieli, że to tylko kolejne medium — wspomina prezes Arta Tech.
Brał też udział w rekonstrukcji różnych bitew i miejsc, a także w przedstawieniach teatralnych.
— We Wrocławiu była to rekonstrukcja grodu słowiańskiego, a teatr to głównie amatorskie scenki rodzajowe — wspomina biznesmen.
Kiedyś zdarzyło mu się wcielać w postać niemieckiego księcia, innym razem odgrywał rolę piastowskiego wojewody, który chrystianizował podległe mu plemiona.
Gdy spółka zaczynała się rozwijać, był zadowolony z miesięcznej sprzedaży 200-300 sztuk. Dziś miesięczna sprzedaż liczona jest w tysiącach e-czytników. Arta Tech z czasem stworzyła własny zespół badawczo-rozwojowy, finansując go dzięki unijnym grantom. W 2015 r. rozstała się ze swoim chińskim partnerem i doprowadziła do premiery własnych czytników, czyli inkBook-ów. Opracowała już sześć rodzajów. Jest też obecna nie tylko w wielu krajach europejskich, lecz również w USA, Kanadzie i na Bliskim Wschodzie.
Z piastowskim spojrzeniem
Czy jest typem pracoholika?
— Otoczenie mnie za takiego uważa. Czuję się po prostu odpowiedzialny wobec wszystkich ludzi, którzy ze mną pracują i pewne zadania po prostu muszą być wykonane — twierdzi prezes Arta Tech.
Tak się ostatnio pogrążył w biznesie, że odstawił na bok swoją wieloletnią pasję — rekonstrukcje i repliki historyczne, którym poświęcał wiele uwagi już od czasów studenckich, zwłaszcza gdy trafił do nieformalnej grupy o nazwie Drużyna Wojów Ślężańskich, która istnieje do dziś.
— Na terenie Wrocławia żyło kiedyś plemię Ślężan. Był to X-XI wiek n.e. i tym właśnie okresem od lat bardzo się interesuję — mówi Paweł Horbaczewski.
Jak wygląda życie pasjonata rekonstruktora historycznego? Książki, artykuły naukowe, roczniki z konkretnych wykopalisk to naturalnie podstawa. Punkt wyjścia.
— Nas nie tylko interesuje to, co kiedyś było i jak funkcjonowało, ale przede wszystkim z czego były wykonane różne przedmioty i jaką odgrywały rolę w życiu ówczesnego społeczeństwa. Żeby się tego dowiedzieć, należy dotrzeć do wielu źródeł. Dzięki temu wiedza pasjonata nierzadko jest równa wiedzy akademickiej. Znane są przypadki, kiedy zapaleńcy obalają tezy naukowe uznane za pewne, szczególnie właśnie w kwestii produkcji i praktycznego zastosowania przedmiotów codziennego użytku z konkretnej epoki — tłumaczy biznesmen.
Nic dziwnego, bo tylko porządna dawka wiedzy historycznej pozwala na kolejny krok, czyli rękodzieło rzemieślnicze z wykorzystaniem dawnych technik.
— Niestety nie mam warsztatu do odlewów metalurgicznych. Głównie więc szyję stroje ze lnu i wełny, albo wykonuję proste elementy opancerzenia, które później można wykorzystać do rekonstrukcji. Kilka razy próbowałem uszyć buty, ale doszedłem do wniosku, że taniej jest je zamówić, bo zmarnowałem mnóstwo materiału. Zaopatrujemy się w sklepach i hurtowniach, ale wyzwaniem jest znalezienie tkanin bez współczesnych domieszek. Są także maniacy, którzy wykonanie stroju zaczynają od strzyżenia własnej owcy — mówi ze śmiechem Paweł Horbaczewski. Ile kosztuje uszycie takiego stroju?
— Wszystko zależy od jego szczegółowości — może to być i 100 zł, i nawet kilka tysięcy w zależności od tego, jakie atrybuty i materiały wybierzemy. Co oczywiste, zrekonstruowany ubiór chłopa będzie tańszy niż strój osoby możnej — wyjaśnia pasjonat rekonstruktor.
Z czasem zaczął również uczyć się walki mieczem i włócznią. Poza tym strzela z łuku i jeździ konno.
— Można skakać przez przeszkody, trenować ujeżdżanie… Ale to jest nudne. Znacznie ciekawiej jest strzelać z łuku, siedząc w siodle — przekonuje Paweł Horbaczewski.
W 2017 r. na Festiwalu Słowian i Wikingów na wyspie Wolin, wraz z tysiącem innych fanów epoki, odtwarzał w stroju Ślężan średniowieczne realia.
— Zostałem wtedy wciągnięty do realizacji jednego z punktów programu i odgrywałem rolę handlarza niewolników — przyznaje Paweł Horbaczewski.
Ostatni raz
Największe wyzwania w rekonstrukcji historycznej?
— Odtwarzanie dawnych ubrań i przedmiotów przy wykorzystaniu tradycyjnych technik. Jest to bardzo pracochłonne i trudne, np. wykonanie najprostszego nawet opancerzenia, czyli uszytego ze skóry pikowanego kaftana, trwa miesiącami. Oczywiście na podstawie dostępnych źródeł historycznych można się domyśleć, jak mniej więcej powstawały te ubrania i przedmioty, ale — by powtórzyć średniowieczne techniki — trzeba się sporo nad tym nagłowić — uważa Paweł Horbaczewski.
Szyje wieczorami, oglądając seriale na Netfliksie. Często przy tym powtarza sobie, że to już ostatni raz, więcej nie będzie szył. Po czym wpada na kolejny pomysł… Najtrudniejszym, jak dotąd, wyzwaniem technologicznym okazało się dołączenie kaptura do kolczugi tak, by nie krępował ruchów i odwzorowywał opancerzenie pokazane na tkaninie z Bayeux. To ręcznie haftowane płótno przedstawiające podbój Anglii przez Wilhelma I Zdobywcę, bitwę pod Hastings w 1066 r. i życie codzienne mieszkańców ówczesnej Normandii — cenne, ikonograficzne źródło historyczne. Dzieło obecnie znajduje się w muzeum we francuskim mieście Bayeux.
— Pracowałem nad tym rozwiązaniem rok, w wolnych chwilach. Teoretycznie już skończyłem, ale nie jestem zadowolony z rezultatu i ciągle się zastanawiam, co mogę poprawić — przyznaje Paweł Horbaczewski. Wszystkie ubrania, które dotychczas uszył, wiszą w jego szafie.
— Ale tylko jednej! Niektórzy moi znajomi mają po kilka szaf zapchanych strojami od epoki żelaza po XVII w. — ujawnia prezes Arta Tech.
Przyznaje, że ta pasja zrobiła sporo dobrego jego karierze zawodowej. Ot, chociażby większa pewność siebie i swoboda podczas wystąpień na różnych konferencjach branżowych wyniesione z uczestnictwa w przedstawieniach teatralnych.
— Tworzenie rekonstrukcji i replik pomaga też pielęgnować zacięcie modelarskie. Wiem, co chcę osiągnąć i muszę zastosować takie narzędzia i techniki, aby to się udało. Wykształcił się we mnie również upór kombinowania na siłę. Dzięki temu w Arta Tech powstały produkty, których by nie było, gdyby nie ta determinacja do szukania odpowiednich materiałów lub technologii — uważa Paweł Horbaczewski.
Niestety niczego nowego nie uszył od wielu miesięcy. Biznes zdominował niemal każdy dzień. Ale się nie poddaje. Liczy na to, że w przyszłym roku znów zrekonstruuje jakąś cząstkę historii. W międzyczasie zaczął ćwiczyć walkę długim mieczem.
— To już jest czysty sport, aczkolwiek również rekonstruowany na podstawie niemieckich i włoskich traktatów — wyjaśnia Paweł Horbaczewski.
Trenuje dwa razy w tygodniu. W wolne weekendy stara się podszkolić umiejętności jeździeckie. Marzy mu się metaloplastyka, która jednak wymaga specjalistycznego warsztatu.
— Ale na pewno będzie to świetne zajęcie na emeryturze — żartuje biznesmen.




