Efekt Dwurnika

opublikowano: 29-05-2019, 22:00

Po co bohater dzieła wypił szklankę wódki? Żeby nie palić na czczo. Edward Dwurnik coś o tym wiedział — sam przedawkowywał Polskę, aż bolało

Zgrabiałe dłonie wołają do nieba, kolana gniotą błoto — twarz, teczki i płaszcz w zbliżonych barwach asfaltu, na które tęga głowa słońca wypluwa strumień żółtej farby. Tytułowy lament musi być intensywny jak kwas z cytryny. Żółć, która wsiąka w drelich ubrania czarną plamą, musi rozdzierać powietrze na pierwszym planie, żeby w tle obrazu życie mogło płynąć zwykłym tempem, w porządku równych okienek. Domy w oddali zarysowane są starannymi liniami, a ciało z przodu malowane tak, jakby było wyciosane — jego spodziewana cena na poniedziałkowej aukcji w Librze to 45-65 tys. zł, dlatego nie warto trwonić czasu i wyłowić z tego błota prawdziwą wartość jeszcze przed licytacją. Edward Dwurnik zapracował na pojęcie własnego efektu chyba nawet bardziej niż Wilhelm Sasnal.

„Lamentu” z 1986 r. nie da się rozpatrywać w oderwaniu od publicystyki, dlatego
że Edward Dwurnik posługiwał się tak silną kreską nie tylko ze względów
artystycznych, ale też dla oddania społecznego rozdarcia. Obraz licytowany
będzie 3 czerwca w warszawskiej Librze i — jak twierdzi Iwona Wojnarowicz z
domu aukcyjnego — trudno zestawiać go z widokami miast, których powstały
przecież setki
Zobacz więcej

WNIEBOGŁOSY:

„Lamentu” z 1986 r. nie da się rozpatrywać w oderwaniu od publicystyki, dlatego że Edward Dwurnik posługiwał się tak silną kreską nie tylko ze względów artystycznych, ale też dla oddania społecznego rozdarcia. Obraz licytowany będzie 3 czerwca w warszawskiej Librze i — jak twierdzi Iwona Wojnarowicz z domu aukcyjnego — trudno zestawiać go z widokami miast, których powstały przecież setki Libra

Małomiasteczkowy

Trudno o zlepek zgrabniej wpasowujący się w kontekst inwestycji niż „efekt Sasnala”, sprowadzający się do bajecznej zwyżki na rynku prac artysty, który nie jest jeszcze siwy. Na czym miałby więc polegać „efekt Dwurnika”, skoro rekordowy pod względem aukcyjnego obrotu okazał się rok 2018, w którym malarz odszedł, pozostawiając tysiące prac?

Tym razem mowa nie tyle o skoku cenowym, co o pewnym natręctwie skojarzeń, dlatego że nieczęsto rynek bywa aż tak uparty, żeby na sam dźwięk nazwiska artysty mieliły się w głowie jedne i te same niebieskawe panoramy. Rozpoznawalny cykl „Podróży autostopem” rozpoczął się w drugiej połowie lat 60. i — wdarłszy się w wyobraźnię rodaków z imponującą ostrością — przesłonił pozostałe, intensywniejsze w smaku etapy twórczości. Z całego dorobku najprędzej nasuwają nam się chabrowe widoki miast ściśniętych w prostokątnym kadrze z lotu ptaka, w którym kamienice piętrzą się jak grzyby, poprzetykane uliczkami grubości strumyków. Nierzadko, jak w adwentowych czekoladkach, wpleciona w ten gwar jest jeszcze narracja — on wybiera się na piwo, ona zostaje, w końcu wraca, kupują pralkę, której nie będzie jak wnieść przez klatkę… Swojską historię czyta się na tej miejskiej planszy bez marszczenia czoła, a radosny koloryt gra czerwienią dachówek i błękitem wody — najdroższy taki kadr wylicytowano do 140 tys. zł, a na jego dwumetrowym płótnie tętnił wielobarwny kawałek Gdańska. Dlaczego więc coś ma być nie tak w tym, że rynek sztuki zapamiętał z malarstwa Dwurnika głównie posmak słodki?

Gorzkie, bo polskie

W obliczu wielkomiejskich i małomiasteczkowych pocztówek malowanych jak książkowe ilustracje ciężka lamentująca postać o grubych dłoniach i niechlujnie oddanych detalach natychmiast nasuwa pytanie, czemu artysta rozmazywał tak farbę, skoro umiał pracować przecież staranniej, ładniej. Okazuje się, że uczepiwszy się takiej witalnej panoramy Gdańska, stołecznej Starówki czy Radomia,pomijamy etap znacznie trudniejszy do czytania — dokument minionego ustroju, który bez tego dosadnego języka grubych linii i ziemistej kolorystyki byłby jak wyprany, nierzetelnie oczyszczony z szorstkości, szarzyzny, frustracji. Zmęczone kobiety o tłustych łydkach wystawały w kolejce u rzeźnika albo podpierały brody, wciskając łokieć w blat kuchennego stołu, brązowa herbata stygła w szklankach, a panowie chylili purpurowe nosy coraz głębiej w coraz lżejsze kufle. Koloryt cyklu „Sportowcy” definiowała nie tężyzna fizyczna, tylko „sporty” — papierosy, a naczelną dyscypliną zawodników było garbienie kręgosłupa, zastyganie w letargu i przepychanka w błahej sprawie lub bez powodu.

Przewidziany na stołeczną aukcję „Lament” datowany jest na 1986 r., a więc okres poprzedzający transformację i kipiący w malarskich pracowniach buntem tego rodzaju: brawurowo kładzioną farbą, ostrym konturem, sylwetkami o kanciastych barkach — malarstwem z drzazgami, które nie miało ambicji zdobić ścian obok podczepionej paproci i makiety statku. Teoretycznie zdajemy sobie z tego sprawę, dlatego warto ustrzec się bystrą ripostą: sam namalowałbym równiej i twarz nie byłaby koloru błota, więc nikt nie wmówi mi, że to sztuka za kilkadziesiąt tysięcy złotych. Szczęśliwie do tego etapu Dwurnika nie da się przekonywać podręcznikowo, bo dramatyzm tych skondensowanych nastrojów trzeba samemu poczuć — jeden może znajdzie na to moment, drugi obudzi się z palcem w doniczce paprotki.

60 proc. Taki udział w liczbie wylicytowanych dzieł Edwarda Dwurnika miały od 2010 r. obrazy na płótnie. Pod względem wartości stanowiły jednak 90 proc., pozostawiając 10 proc. pracom na papierze, jak rysunki czy odbitki graficzne.

2018 Ten rok był rekordowy pod względem aukcyjnej sprzedaży prac Dwurnika — łącznie sprzedano ich wtedy 84, a najdroższy okazał się obraz z lat 80. wylicytowany do 105 tys. zł.

Źródło: Artprice

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Weronika Kosmala

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu