Tyrowicz: w Polsce nie ma rynku pracownika

PAP
opublikowano: 02-01-2017, 06:50

W Polsce - wbrew obiegowym opiniom - nie ma rynku pracownika. Stopa bezrobocia spada nie dlatego, że coraz więcej ludzi znajduje pracę, ale dlatego, że coraz mniej ludzi ją traci i coraz mniej osób wchodzi na rynek - mówi w rozmowie z PAP Joanna Tyrowicz z IE NBP.

PAP: Pracodawcy informują, że coraz trudniej znaleźć osobę na wolne miejsce pracy, bezrobocie jest na rekordowo niskim poziomie, w opinii publicznej od jakiegoś czasu mówi się o rynku pracownika. Zgadza się Pani z tym?

Dr hab. Joanna Tyrowicz, Instytut Ekonomiczny NBP: Patrząc na obecną, niską dynamikę wzrostu wynagrodzeń - nie. Co prawda od roku wszyscy mówią, że bezrobocie w Polsce jest tak niskie, że mamy w Polsce rynek pracownika, ale tego nie widać w innych danych. Poza tym, stopa bezrobocia spada nie dlatego, że coraz więcej osób znajduje pracę, ale dlatego, że coraz mniej ludzi ją traci i coraz mniej osób wchodzi na rynek pracy. Na rynku pracy obserwujemy coraz mniej przepływów, co oznacza, że coraz rzadziej pracownicy przechodzą z firmy do firmy.

PAP: Dlaczego się tak dzieje?

J.T.: Bo gospodarka przyjmuje w pewnym stopniu formę przetrwalnikową - ani pracownicy nie chcą zmian, ani pracodawcy. To powoduje spadek wskaźników mówiących o dynamice rynku pracy. Czy więc rynek jest rynkiem pracownika? Gdyby ludzie w to wierzyli, to zmienialiby pracę, a tego nie robią. Nie robią tego ponieważ widzą, co się dzieje w ich firmach, u konkurencji, w zamówieniach.

PAP: To jaki jest polski rynek pracy?

J.T.: Podstawowe wskaźniki są bardzo dobre: wysokie zatrudnienie, duża liczba pracujących, rekordowo niskie bezrobocie, przy relatywnie stabilnym wzroście wynagrodzeń. To dla gospodarki same dobre wiadomości.

PAP: Dlaczego relatywnie niski wzrost wynagrodzeń jest dobrą wiadomością? Chcielibyśmy wysokiego wzrostu wynagrodzeń.

J.T.: Dobrze, że wynagrodzenia rosną, ale też dobrze, że nie rosną szybciej niż wydajność pracy. Z punktu widzenia gospodarki dynamika wydajności pracy i dynamika wynagrodzeń powinny iść w parze. Ponieważ nasza gospodarka nie rośnie teraz bardzo szybko to znaczy, że i wydajność nie rośnie za szybko, a zatem i wynagrodzenie też nie powinny rosnąć szybko. Wzrost płac powyżej wzrostu wydajności pracy zachęca przedsiębiorców do redukowania zatrudnienia i zwiększania wyposażenia w maszyny. W latach 2006-2008, w czasie boomu na rynku pracy, wynagrodzenia rosły realnie o 12 proc., ale gospodarka nie może na dłuższą metę tak funkcjonować. Potem mieliśmy okres kryzysu, kiedy wydajność rosła szybciej niż płace i cieszyliśmy się, że bezrobocie nie rosło, a zatrudnienie dość szybko zaczęło się zwiększać pomimo spowolnienia gospodarczego. Obecnie jesteśmy w miejscu, w którym krzywa wzrostu wynagrodzeń i krzywa wzrostu wydajności przecinają się - płace zaczynają rosnąć szybciej od wydajności pracy.

PAP: Czy to wiąże się z jakimiś niebezpieczeństwami, których teraz nie dostrzegamy?

J.T.: Odpowiedź na to pytanie zależy od tego, z czyjej perspektywy się patrzy. Jeżeli z punktu widzenia pracowników, to mówimy o nieco większej groźbie utraty pracy. Jeżeli płace rosną szybciej od wydajności, menadżerowie zastanawiają się, czy wykorzystanie automatyzacji nie okazałoby się korzystniejsze w średnim i długim okresie. Redukcje mogą dotyczyć tzw. stanowisk rutynowych, gdzie łatwo można skodyfikować czynności, które można przekazać maszynie albo algorytmowi, gdzie dotąd zatrudnienie bardzo w Polsce rosło. Nie są natomiast zagrożone stanowiska osób o niższych kwalifikacjach wykonujące czynności, których maszyn trudno nauczyć; szycia, zamiatania, robienia kanapek, kładzenia tynków, czy kafelków itp.

Dla tej grupy pracowników jest jednak inne zagrożenie. Dziś w Polsce naprawdę widoczny jest dynamiczny wzrost wynagrodzeń najniższych, pchanych w górę w ciągu ostatnich lat przez systematycznie podnoszoną płacę minimalną. W tej chwili otrzymuje ją ok. 15 proc. Polaków. W pozostałej części rozkładu płac podwyżki są rzadkie. Przeciętnie Polak dostaje podwyżkę raz na cztery lata. Systematyczne podwyżki otrzymują najczęściej pracownicy z firm międzynarodowych, bowiem tam standardy korporacyjne przewidują systematyczny wzrost funduszu płac. Polski przedsiębiorca raz daje podwyżkę, raz nie – w zależności od tego, czy np. przeczyta w gazetach, że wszyscy podnoszą wynagrodzenia, czy nie.

PAP: A patrząc z perspektywy pracodawcy?

J.T.: Trzeba sobie zadać pytanie, czy ktoś wykonujący relatywnie prostą czynność o niskiej wydajności rzeczywiście zapracowuje na 2 tys. zł miesięcznej pensji, jeżeli dwa lata temu robił dokładnie to samo i zarabiał na 1750 zł. Czy jego wydajność wzrosła o 5 proc. gdy wydajność w całej gospodarce nie wzrosła przeciętnie o tyle? Inną sprawą jest to, że gospodarka amerykańska i niemiecka odbijają się po wielu latach spowolnienia, co będzie dla części polskich firm impulsem rozwojowym. Ale nie znaczy to, że impuls zewnętrzny porwie całą gospodarkę -- na naszą gospodarkę istotny wpływ ma konsumpcja wewnętrzna, która także nie rośnie bardzo szybko. Impuls z programu 500+ jest widoczny, ale w sensie dynamiki konsumpcji będzie ona działał tylko do II kw. 2017 roku. Aby podtrzymać wzrost konsumpcji potrzebne są więc inne impulsy, których teraz nie widać.

PAP: Wspomniała Pani o efekcie 500+ na konsumpcję. Czy może mieć też wpływ na aktywność zawodową? Zgadza się Pani z opinią, że może wypychać niektóre kobiety z rynku pracy?

J.T.: Nie chcę komentować opinii. Są badania oparte na modelu tzw. mikrosymulacyjnym, czyli takie, w których wiemy ile gospodarstwo domowe zarabia, jaki jest jego skład itp. i jak może zareagować na zmianę. Takie analizy wskazują rzeczywiście, że podaż pracy, czyli liczba osób, które chcą pracować, w wyniku tej reformy się zmniejsza o ok. 200-300 tys. osób. Ale jak każda analiza, którą wykonujemy, ma swoje plusy, ale także minusy – nie jest w stanie wziąć pod uwagę całej złożonej rzeczywistości. Zatem prawdopodobna skala dostosowania rynku pracy będzie mniejsza.

PAP: Dlaczego?

J.T.: Bowiem dane mówią, że szukanie pracy w Polsce to doświadczenie traumatyczne. Przeciętnie osoba, która szuka pracy, znajduje ją po okresie około 10 miesięcy. Ten wskaźnik nie obniża się od trzech lat, mimo że przez ten czas cały czas maleje bezrobocie. Mamy bardzo niesprawny rynek pracy. Więc jeśli ktoś ma za sobą traumę poszukiwania pracy i w końcu ją znajduje, to wcale nie musi rezygnować z niej po otrzymaniu 500 zł na dziecko. Tym bardziej, gdy nie ma pewności, że pieniądze te są dane na zawsze. Tego aspektu nie jesteśmy w stanie uwzględnić w modelu mikrosymulacyjnym, dlatego w pewnym stopniu przeszacowuje on skalę dostosowania. Pamiętajmy też, że pracy szuka się trudniej na rynkach peryferyjnych - nie w dużych miastach - gdzie skupiona jest większa dzietność i program 500+ odgrywa większą rolę.

PAP: Czy czynnikiem, który wpłynie na rynek pracy będzie obniżenie wieku emerytalnego?

J.T.: Fakty są takie, że mniej pracujących osób w danym punkcie w czasie to – pomijając stronę fiskalną – nie jest dobra wiadomość dla rynku racy. Jeśli ludzie szybciej będą odchodzić z pracy, to nie jest to dobra wiadomość także z perspektywy długookresowej. Świadomość, że możemy wcześniej opuścić rynek pracy zmniejsza motywację, by inwestować w wiedzę i umiejętności, bowiem – mówiąc brutalnie – czas, w którym ta inwestycja się zwróci będzie krótszy. Więc ludzie wcześniej będą rezygnować ze szkoleń, dokształcania się, a to obiektywnie nie są dobre informacje dla rynku pracy.

Nie jest jednak powiedziane, że obniżenie wieku emerytalnego faktycznie zmniejszy udział Polaków w rynku pracy. Po pierwsze, jak na razie możliwe jest łączenie emerytury z pracą, co oznacza, że szczególnie młodsze osoby w nowym wieku emerytalnym, które mogą na razie spokojnie kontynuować karierę, nie odejdą z pracy. Poza tym emerytury z nowego systemu będą znacznie niższe niż obecnie, więc osoby, które za 15 lat osiągną wiek emerytalny zaczną się zastanawiać, czy chcą żyć za 30 proc. swoich wcześniejszych wynagrodzeń, czy raczej wolą pracować dalej, przynajmniej przez jakiś czas. Strategie dostosowawcze do nowego rozwiązania będą różne, więc tak naprawdę nie wiemy, jaki będzie efekt łączny obniżenia wieku emerytalnego dla rynku pracy.

PAP: Dlaczego Polacy tak długo szukają pracy i od lat to się nie zmienia?

J.T.: To wynik bardzo wielu czynników, głównie niesprawności pośrednictwa pracy.

PAP: Czy to problem braku określonych rozwiązań instytucjonalnych, może prawidłowo funkcjonująca gospodarka jest w stanie uregulować rynek pracy bez ingerencji z zewnątrz?

J.T.: W Polsce, przy dobrze funkcjonującej gospodarce, szukamy pracy 10 miesięcy. W czasie recesji w Holandii pracy szuka się przez 4 miesiące. Nasz problem wynika z braku sprawnego pośrednictwa pracy oraz braku doradztwa w pracy. Mamy problem z informacją o pracy. Już na etapie edukacji nie mamy do kogo się zwrócić po poradę, co mamy ze sobą zrobić. Po opuszczeniu systemu edukacji też nie mamy do kogo się zwrócić o taką radę. Więc ludzie idą utartymi ścieżkami, szukają pracy w tych samych zawodach, w których pracę stracili, najczęściej też w tych samych branżach, albo szukają jakiejkolwiek pracy. A praca "jakakolwiek" ma to do siebie, że jesteśmy dla niej "jakimkolwiek pracownikiem". Więc dla pracodawcy nie będzie żadnym kłopotem zrezygnowanie z usług takiej osoby i zastąpienie jej kimś innym. Brak planowania kariery prowadzi do tego, że w pracy nie mamy stabilizacji.

Poza tym system pośrednictwa pracy jest posegmentowany. Mamy część komercyjną, ale dotyczy ona tylko stanowisk na pewnym poziomie, bo to kosztuje. Osoby poszukujące pracy zawsze mogą się zgłosić do urzędu pośrednictwa pracy, ale jak pytamy pracodawców o to, jaki odsetek ofert kierują do urzędów, to okazuje się, że 60 proc. z nich w ogóle tego nie robi. W ostatnich latach tylko ok. 10-16 proc. ofert pracy trafia do pośrednictwa publicznego. Poza tym publiczne pośrednictwo pracy jest tak skonstruowane, że nie wiadomo, kto jest tam klientem: starosta powiatowy, pracodawca czy osoba poszukująca pracy.

Generalnie efekt jest taki, że nie wiemy, jak szukać pracy. Z badań wynika, że w Polsce pracuje i szuka pracy ok. 150 tys. osób, czyli około 1 proc. zatrudnionych. A pozostałe 99 proc jest tak zadowolone ze swojej pracy? Mała szansa. Wniosek taki, że Polacy, mimo że pewnie znaczna część z nich zmieniłaby pracę, nie próbują nawet zrezygnować z "wróbla w garści".

PAP: Może w Polsce brakuje atrakcyjnych miejsc pracy?

J.T.: To nie jest tak, że nie ma miejsc pracy bardziej atrakcyjnych od naszego jednego miejsca pracy na rynku, gdzie pracuje ponad 12 milionów ludzi. My po prostu o nich nie wiemy. Także pracodawcy, którzy takie miejsca oferują, nie wiedzą, że ktoś takim miejscem byłby potencjalnie zainteresowany. Brakuje informacji, której dostarczyć powinien system pośrednictwa pracy. Weźmy przykład Warszawy i Krakowa i identyczne stanowiska pracy w podobnych korporacjach. Różnica płac wynosi 40 proc. na korzyść Krakowa przy zarobkach zdecydowanie powyżej średniej krajowej. Dlaczego? Bowiem tam brakuje osób z umiejętnościami, które łatwiej można znaleźć w Warszawie. Jestem pewna, że niejedna osoba ze stolicy byłaby skłonna przenieść się do Krakowa, gdyby wiedziała, że ma taką możliwość.

PAP: Co się stanie, jeśli nie odpowiemy na wskazane przez Panią wyzwania?

J.T.: Będziemy tkwili w tym samym miejscu. Nadal będziemy mieć ponad milion osób bez pracy i licznych pracodawców narzekających na brak rąk do pracy. A epizody szybkiego wzrostu wynagrodzeń będą coraz rzadsze.

Joanna Tyrowicz
Grzegorz Kawecki
© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: PAP

Polecane