Ekstraklasa próbuje rozpijać kibiców

Marcel Zatoński
opublikowano: 2011-09-20 00:00

Kluby chcą zarabiać na napojach i gadżetach z logo. Ale sprzedaż kuleje, bo nie radzą sobie z promocją.

Co łączy kibiców Wisły i Cracovii lub Lechii i Arki? Wszyscy mogą się napić napoju energetycznego z herbem swojego ukochanego klubu. Mogą, ale czy chcą? Mimo szumnych zapowiedzi klubów gadżety i produkty dla kibiców sprzedają się słabo. — Miało być jak na Zachodzie — tysiące kibiców kupujących w całym kraju napoje z logo klubu. Okazało się, że albo brakuje kibiców, albo specjalistów od marketingu w klubach — mówi osoba współpracująca z drużynami ekstraklasy.

Puszka dla każdego

Szał na napoje energetyczne zaczął się od Lecha Poznań, którego „Energia Lecha” pojawiła się na półkach wielkopolskich sklepów w 2008 r. Trzy lata wcześniej z produkcją napoju „Diabelski młyn” próbowali wystartować kibice Widzewa. Łódzki klub oficjalnego napoju nie ma. Na razie. — Nie wykluczamy, że wkrótce na rynku pojawi się napój energetyzujący z logo Widzewa, dedykowany specjalnie naszym kibicom. Ponadto, z myślą o wprowadzaniu na rynek oryginalnych produktów z herbem klubu, stworzyliśmy w ubiegłym roku system licencyjny — mówi Marcin Animucki, prezes Widzewa. Jedną z największych sieci dystrybucji napojów wśród polskich klubów ma gdańska Lechia. — Dzięki sieci Kolportera „LG Energy Drink” udało się wprowadzić do 220 punktów sprzedaży na terenie Gdańska i okolic. Sprzedaje się tam 4 tys. puszek miesięcznie — mówi Michał Lewandowski, rzecznik Lechii. Pozostałe kluby, jeśli już sprzedają energetyki, to w mniejszej sieci — zazwyczaj w kilkudziesięciu sklepach. Dochody, jak przyznaje przedstawiciel jednej z drużyn, „nie są oszałamiające”. Mimo to energetyki chcą sprzedawać nawet kluby z najkrótszym stażem w Ekstraklasie, takie jak Podbeskidzie Bielsko-Biała. — Firma, która w naszym imieniu produkuje pamiątki klubowe, przygotowuje się do wprowadzenia napoju na rynek, ale to melodia przyszłości. W ofercie Podbeskidzia są już cukierki krówki — mówi Jarosław Zięba, rzecznik beniaminka.

Biznes bez głowy

Zapaleni kibice niektórych zespołów mogą kupić m.in. słonecznik (Górnik Zabrze) czy sezamki (Arka Gdynia). Sprzedaż napojów i słodyczy może choć trochę podreperować budżety drużyn z Ekstraklasy. Jak wynika z raportu „Piłkarska liga finansowa”, przygotowanego w lipcu przez Deloitte, polskie kluby — mimo zwiększania przychodów — są coraz bardziej w tyle za konkurentami z zachodu Europy. Zarabiają przede wszystkim na umowach sponsorskich i transmisjach telewizyjnych, wciąż bardzo niskie są zyski w dniu meczu. Cała Ekstraklasa przynosi o połowę mniejsze przychody niż licząca 10 zespołów liga austriacka. — Kluby nie mają żadnego pomysłu na promocję swoich produktów, co sprawia, że są niesprzedawalne. W dodatku w miastach takich jak Kraków i tak słabą dystrybucję trzeba dopasowywać do rewirów kibicowskich — tłumaczy nasz rozmówca.