Na starcie przewagę zyskali Demokraci z Hilary Clinton i Barackiem Obamą na czele. Choć do mety droga daleka, przyśpieszyć muszą Republikanie. To partia obecnego prezydenta George’a Busha, który dysponuje potężną władzą. Walka idzie o każdy głos, w tym inwestorów giełdowych. Za oceanem na giełdzie inwestuje co drugie gospodarstwo domowe. Amerykanie nie mogą więc poczuć się w roku wyborczym ubożsi, bo partii Busha trudniej będzie o głosy inwestorów.
Amerykanie słyną z wyszukiwania reguł, które pomagają odnieść sukces na
giełdzie. Jest więc cykl gospodarczy, który zakłada, że po siedmiu tłustych
latach nadchodzą chude. Występuje też cykl olimpijski. Według niego, światowa
gospodarka zwalnia po igrzyskach. Ostatnio za oceanem najgłośniej o cyklu
prezydenckim — ponoć najpewniejszym ze wszystkich. Dowodzi on, że pierwsza
połowa prezydentury w USA zbiega się w czasie z najsłabszym okresem na
amerykańskich giełdach. Druga połowa jest już z reguły zdecydowanie lepsza.
Trzeba zauważyć, że to tylko statystyka, a historyczne wyniki nie dają
gwarancji, że powtórzą się w tym roku.
Cykl prezydencki rozpala już zmysły amerykańskich finansistów. „Dam milion dolarów każdemu, kto zagwarantuje, że w tym roku sprawdzi się cykl prezydencki” — pisze na swojej stronie internetowej makler z Wall Street. Niektórzy analitycy w blogach przyznają się, że zamienili fundusze powiernicze — te zarabiające na spadkach zastąpili zwykłymi funduszami akcyjnymi. Optymiści są przekonani, że giełda nowojorska podtrzyma w tym roku dobrą tradycję i mimo najgorszego początku roku od wielkiego kryzysu w latach 30. przyniesie inwestorom sowite zyski.
Specjaliści z amerykańskiej firmy inwestycyjnej Van Kampen Investments
wyliczyli, że w ostatnim roku kadencji prezydenta szeroki indeks amerykański
S&P 500 rośnie zwykle o 8,4 proc. To dane ze 118 lat, czyli od 1888 r. do
końca 2005 r. Najlepszy na inwestycje jest trzeci rok prezydentury. Wówczas
akcje drożeją zwykle o 11,2 proc. Po zakończeniu wyścigu o fotel prezydenta USA
lepiej postawić na bezpieczniejsze obligacje. Indeksy giełdowe z reguły zapadają
wtedy w dziwną niemoc. W pierwszym roku po wyborach rosną przeważnie o 2,9
proc., w drugim — o 3,3 proc.
Amerykańscy analitycy idą jeszcze dalej. Posługując się statystykami,
dają odpowiedź, kiedy najlepiej wejść do gry w roku wyborów prezydenckich. I tak
— najlepszymi miesiącami są: czerwiec, lipiec, a zwłaszcza sierpień. Na te
miesiące przypada z reguły aż połowa zysków z całego roku. Historia uczy też, by
unikać akcji w kwietniu i maju.
Nie można zapominać, że od czasu do czasu zdarzają się odchylenia od
normy. Badawcza firma Ned Davis Research przebadała zachowanie Dow Jonesa od
1900 roku. Wyszło, że w roku wyborczym indeksy rosły średnio o 7,6 proc. aż w
ponad 70 proc. przypadków. W roku przedwyborczym prawdopodobieństwo zarobku jest
jeszcze większe — ponad 80 proc.
Tyle statystyka. W ubiegłym roku Dow Jones, zgodnie z regułą, rósł — o
9,4 proc. Co przyniesie ten rok? Dla inwestorów na całym świecie zaczął się on
od dramatycznych spadków. Coraz częściej słychać, że gospodarce USA grozi
recesja — rośnie bezrobocie, pogarsza się koniunktura w przemyśle, wciąż nie
widać końca kryzysu na rynku hipotecznym. W ostatnich dniach inwestorów
zaskoczył odważny raport Merrill Lyncha. Jego analitycy stwierdzili, że w USA
recesja już się zaczęła. Wcześniej przed takim ryzykiem przestrzegał Alan
Greenspan, wieloletni szef Fed.
Nie brakuje jednak ekonomistów, którzy wietrzą podstęp w rozgłaszaniu
kasandrycznych wieści. „Lepiej teraz trąbić o kryzysie, aby później miło
rozczarować wyborców”— argumentują autorzy teorii spiskowych. Przypominają, że w
trzecim kwartale ubiegłego roku gospodarka w USA rosła przecież w astronomicznym
tempie 4,9 proc. Lada moment ukażą się też dane z czwartego kwartału. Dzięki
rozpasanym konsumentom nie powinien on być dużo gorszy. „Być może gospodarka
spowolni, ale o recesji nie ma mowy” — przekonują optymiści.
Możliwy jest też trzeci wariant. Gospodarka w USA rzeczywiście zahamuje,
ale giełda da zarobić. Jak to możliwe? Potrzeba niewidzialnej ręki Fed. Mógłby
on wpompować na rynek finansowy kolejne miliardy dolarów. Niekoniecznie poprzez
obniżkę stóp procentowych. To poprawiłoby płynność w systemie finansowym i
wcześniej czy później pozytywnie przełożyło się na giełdę. Możliwe, że podobne
efekty przyniesie też ratunkowy plan fiskalny prezydenta Busha.
I w końcu do poprawy nastrojów na Wall Street może przyczynić się
słabnący dolar. Wabi on inwestorów zagranicznych, zwłaszcza szybko bogacących
się ostatnio Chińczyków czy Hindusów, dla których akcje w USA stają się tańsze.
Pytanie tylko, czy taka minihossa ma szansę utrzymać się dłużej? Ale to już
zadanie dla nowego prezydenta.
Polecamy bardzo ciekawą polemikę do tekstu na naszym forum!