Erotyki znajdują nabywców
BEZ SKANDALU: Pokazaliśmy tu zaledwie część gromadzonej przez całe lata kolekcji. Zastosowałam ostrą selekcję, eliminując rygorystycznie akt męski. Ten traktowany jest bowiem jako bardziej obsceniczny — mówi Aneta Muszyńska (na zdjęciu z pracą J.M. Brzeskiego).
Wernisaż wystawy Erotyzm w grafice XVIII-XX w. przyciągnął do Galerii Studio Renes w Warszawie głównie malarzy, kolekcjonerów i tych, którzy zarabiają na handlu dziełami sztuki. Cała kolekcja została wystawiona na sprzedaż.
Przycichły już spory wokół ustawy o pornografii. To i spotkanie z kolekcjonerami europejskiej sztuki erotycznej, a także moda na proeuropejskość zdecydowały o otwarciu wystawy Erotyzm w grafice XVIII-XX.
— Kiedy porówna się prace reprezentujące w sztuce erotycznej 200 lat tradycji europejskiej i polskiej: Mai Berezowskiej, Antoniego Uniechowskiego, Jana Dobkowskiego czy Franciszka Starowieyskiego, widać, że nie mamy czego się wstydzić — dowodzi Marcin Muszyński, prowadzący galerię wraz z żoną Anetą.
Ceny wystawionych prac (od 400 do 8000 zł) wyraźnie faworyzowały twórców zachodnich. Nie bez powodu. Z kuluarowych dyskusji można wnosić, że nie znajdują one tak wielu nabywców, jak prace rodzimych artystów, boÉ nie wolno ich wywozić.
— Zamiast inwestować w nieruchomości, lepiej kupować obrazy. Oczywiście to kwestia trafu i umiejętności wyboru. Każdy chce przecież zyskać — twierdzi chcący zachować anonimowość kolekcjoner.
Nikt zresztą z obecnych handlarzy i kolekcjonerów nie chce ujawnić swoich personaliów. Na dość zamkniętym rynku dzieł sztuki to sprawa wielkiej wagi.
— Tu przychodzą ludzie, którzy mają do nas zaufanie. Anonimowość zawieranych transakcji musi być ściśle przestrzegana — zaręcza Marcin Muszyński.