Eskorta pożądania

Wojciech Surmacz
opublikowano: 2005-06-24 00:00

Sfera intymna biznesu: majętni panowie i drogie panie — wypieki na twarzy i wyrachowanie.

Escort girls. Panie do towarzystwa dla wyższych sfer biznesowych… Jeden z najbogatszych Polaków zwykł chwalić się znajomym, że gdy leci do Moskwy coś załatwić, to — zawsze! — zabiera ze sobą kilka takich dziewczyn. Po ubiciu interesu następuje wymiana: on „bawi się” z Rosjankami, wschodni partner „eksploatuje” Polki.

Z innej beczki: duży dom maklerski z południa Polski znany jest z „gorącej oferty” dla inwestorów instytucjonalnych. Praktycznie przy każdym debiucie spółki wprowadzanej na giełdę przez dom zarząd organizuje „sex party dla funduszy”. Drogie damy? Obecne!

I jeszcze: operator polskiej telefonii komórkowej zorganizował uroczystą prezentację nowego pakietu usług. W Pradze. Goście mieli do dyspozycji (all night long) najdroższy dom publiczny czeskiej stolicy…

— Powiem krótko: rzecz normalna — komentuje Joanna, właścicielka Wersalu Joanny (jeden z najbardziej obleganych luksusowych przybytków towarzyskich w Warszawie).

Pracka — przelotka

Portal internetowy Redangels.pl — tu dobrze widać, jak bardzo polski biznesmen jest napalony na usługi escort. Morze ofert. Ogłaszają się dziewczęta: „Dzień dobry! Mam na imię Aga. Jestem wysoką (171 cm), zgrabną, długowłosą, zadbaną blondynką o zielonych oczach i ujmującym uśmiechu. Szukam pracy jako hostessa/escort girl. Wyłącznie na wysokim poziomie. Znam biegle język angielski, podstawy niemieckiego i francuskiego. Pozdrawiam i czekam na propozycje”. Roi się od anonsów w stylu: „Szkolenia i konferencje. Poszukuję hostess do obsługi szkoleń integracyjnych, konferencji na terenie całego kraju. Również za granicą — Paryż, Johannesburg... Wyjazdy 2-7 dniowe. Wiek 18-25 lat. Proszę o przesłanie kilku zdjęć, CV i telefonu kontaktowego. Atrakcyjne zarobki. Zwracam koszty przejazdów. Większe zaangażowanie mile widziane. Najlepsze kandydatki podpiszą kontrakty na obsługę 20-40 imprez rocznie”. Nie brakuje zdesperowanych: „Pracka — przelotka. Pilne!!! Zatrudnię miłą i sympatyczną hostessę (która idzie na całość!) na targach elektroenergetycznych w Bielsku-Białej. Zapewniam wyżywienie i zakwaterowanie oraz miłą, sympatyczną atmosferę. Proszę o przemyślane odpowiedzi oraz fotkę. Pozdrawiam Krzysztof (37 lat, 192 cm, ciemny szatyn, przystojny)”.

Desperat dostał od „Pulsu” garść pytań mailem: Czy często zatrudnia pan takie dziewczyny? Idą na całość tylko z panem czy również z kontrahentami? W jakich sytuacjach — poza targami — korzysta pan z usług „hostess”?

Na reakcję nie trzeba było długo czekać — 3 godziny! Przystojny Krzysztof natychmiast złożył dementi…

„W odpowiedzi na pańskie zapytanie informuję: pomimo zamieszczonego anonsu nikt się nie zgłosił, do niczego nie doszło. Nie udało mi się do tej pory zatrudnić nikogo na wspomnianych zasadach. Poza targami nie korzystam w ogóle z usług hostess, uznając to za zbędny wydatek.”

— Przestraszył się, że wyjdzie szydło z worka! Pewnie ma żonę, dzieci… Wraca do domu wypompowany i opowiada bajki o ciężkiej harówie na targach — śmieje się Magda (od dwóch lat w branży).

W biznesie używa pseudonimu Karen. Jest prywatną call girl, specjalizuje się w eskorcie VIP-ów. Ma własną stronę w sieci. Wyższe wykształcenie, cztery języki obce (biegle angielski i niemiecki, dogada się po turecku i rosyjsku). Spotkanie? Nie ma sprawy...

Nie ma jak szpan

Wieści o Wersalu Joanny rozchodzą się głównie pocztą pantoflową. Właścicielka z rzadka zamieszcza ogłoszenia w sieci. Musi dbać o wizerunek, budzić zaufanie. W końcu trafiają do niej ludzie z pierwszych stron gazet… Dla pani Joanny „Puls”, „Rzepa” i „Wyborowa” to lektury obowiązkowe. Codzienny zasób informacji uzupełnia na bieżąco relacjami TVN24.

— Dzięki temu zawsze wiem, co słychać u moich klientów — wyjaśnia.

Szefowa Wersalu żywi pretensje do rodzimych mediów.

— Wypaczacie rzeczywisty obraz sex biznesu w Polsce. Usługi towarzyskie kojarzycie wyłącznie z burdelami, wulgarnymi pannami i niewybredną klientelą! — krzyczy do słuchawki.

Nie chce wierzyć, że ten tekst będzie traktował wyłącznie o lubieżnych prezesach i płatnych damach z najwyższej półki. Przecież biznesowy establishment nie nurza się w rynsztoku...

— Proszę pana… Oni wszystkiego próbują. A jak chcą poszpanować przed klientem, pokazać się — dzwonią: „Pięć panienek, za tydzień, kochana pani Joanno. Finalizujemy kontrakt, będzie trzech panów…”.

— Imprezy są przed czy po podpisaniu umowy?

— Różnie. Ale najczęściej po… Przeważnie umawiają się na godzinę 20.00-21.00. Przyjeżdżają już po wystawnej kolacji. Mam specjalnie przystosowany salon. Jest elegancko, intymnie i bezpiecznie — zaznacza właścicielka Wersalu.

Uniesieni euforią dobrego dealu prezesi miewają fanaberie…

— Chcą na przykład, by dziewczyny grały pielęgniarki. Zaczyna się już na progu — pięć pielęgniarek w negliżu zaczyna przyjmować pacjentów! Rewelacyjnie sprawdzają się też pokojówki, które… A on sobie siedzi jak książę! Takie scenariusze świetnie się sprzedają — relacjonuje Joanna.

Za godzinę pani z Wersalu trzeba zapłacić 350 zł. Cała noc może kosztować od 1,5 tys. do 5 tys. zł. Wszystko zależy od liczby godzin i zakresu usług — nie zawsze dochodzi do zbliżenia.

— Wczoraj miałam zamówienie od stałego klienta: „Myśmy tu już umowę podpisali. Teraz na Stare Miasto, kolacja… Niech dziewczyna przyjedzie do firmy o 20.00, będzie potrzebna powiedzmy do 1.00”. Mówię: „Panie Januszu, to już przedłużmy do 6.00 rano, za 1,5 tys. zł”. Praktycznie sobie ujmuję, ale wychodzę naprzeciw klientowi…

— Dziewczyna na biznesowy upominek?

— Oczywiście. Ostatnio odbierałyśmy z Okęcia takiego gościa, Francuza. Jego kolega — dawny współwłaściciel firmy — poprosił, żeby pani przebrana za sekretarkę pojechała po niego dobrym samochodem na lotnisko. Dziewczyna go odebrała, zawiozła do hotelu, zabrała do restauracji na kolację. Później taksóweczka — i została do rana. Francuz był bardzo zadowolony... Bo moje dziewczyny nie są ze wsi, potrafią wyczuć klimat.

— Zgłaszają się do Pani firmy PR-owskie?

— Nie odpowiem, nie wiem, co pan z tym zrobi dalej…

Wyżyłowani

Rok temu bydgoski przedsiębiorca przyznał się przed kamerami TVN, że dawał celnikom łapówki. Wiesław Miętkiewicz, prezes spółki Auto Motor, mówił o „przyspieszaczach” motywujących celników do szybszych odpraw sprowadzanych samochodów. Dawał przez 14 lat. Szacuje, że od 1990 r. wydał na łapówki przynajmniej 100 tys. USD. Celnicy dostawali nie tylko pieniądze. Na koszt prezesa Miętkiewicza korzystali też z usług luksusowych prostytutek. Kilku innych biznesmenów z kujawsko-pomorskiego przyznało wówczas, że byli zmuszani m.in. do „prostytucyjnej korupcji”. W odróżnieniu od Miętkiewicza nie odważyli się jednak ujawnić twarzy i nazwisk.

— Celnicy mówili konkretnie, czego chcą. Na przykład, że chętnie przejechaliby się na Mazury albo w góry… Musiałem im zapewnić doborowe towarzystwo. Mówili: „Musi być ekstra laska, żeby się podobała!”. W latach 1999-2003 odbyło się około pięciu takich wyjazdów — relacjonuje Miętkiewicz.

Wyjazdy organizował jego pracownik — rozrywkowy chłopak. Bardzo dobrze zorientowany w temacie. Koledzy się z niego śmiali, że zna na pamięć numery do wszystkich „agentur” w Bydgoszczy.

Miętkiewicz pytany, czy tylko celnicy gustują w drogich paniach lekkich obyczajów — stanowczo zaprzecza. „Dziewczynki” są w ogóle bardzo popularne wśród biznesmenów. Pokazywanie się z nimi jest modne! Choć sam nigdy nie wykorzystywał tego chwytu w celach marketingowych, potwierdza jego skuteczność. Takie dziewczyny to niezły PR…

— Są przepiękne! A jak ma pan żonę już lekko podtuczoną, po czterdziestce, to apetyt jest ogromny! Poza tym, te dziewczyny są inteligentne niesamowicie… Pięknie ubrane. Zadbane. Cóż… Z taką laską to można wszędzie się pokazać i wygląda się znakomicie. To nie są zwykłe prostytutki, tylko piękne, eleganckie kobiety. Jest straszny popyt! Taka dziewczyna 4-5 tys. zł kosztuje z noclegiem. Non stop do dyspozycji. Łatwo się skusić… — zachwala Wiesław Miętkiewicz.

Dla Piotra Czarnowskiego, prezesa First PR, wykorzystywanie prostytutek w celach promocyjnych to czysta kpina. Nie kryje oburzenia:

— Trzeba mieć mało wyobraźni lub dużo odwagi, by z takiej oferty skorzystać. Wiem, że robią to ludzie maksymalnie wyżyłowani, kompletnie wyprani z emocji. To nic innego jak totalna degradacja wartości po obu stronach: i oferującego, i akceptującego! A jeśli nawet miałoby to mieć jakieś przełożenie na sprawy wizerunkowe czy komunikacyjne firmy, to — moim zdaniem — wyłącznie negatywne.

Katastrofa

Ekskluzywne agencje Avocado Escorts i Polish Angels świadczą typowe usługi eskortowe. Faktury VAT, płatność kartą. Tylko wyjazdy. Można zamawiać przez internet. Oferta kierowana do bardziej zamożnych odbiorców. Ceny? Avocado: 2 godziny — 300 euro, cała noc — 800 euro. Polish Angels (nieco drożej): 2 godziny 350 euro, noc — 850 euro.

W Polish Angels zgłasza się Iza. Pełna kultura. Młody, ujmujący głos.

— W czym mogę pomóc?

— Co pani powie o klientach?

— Z naszej agencji korzystają głównie obcokrajowcy. Polacy? Bardzo rzadko zdarzają się panowie, którzy w ogóle o nas słyszeli.

— A klienci z zagranicy nie zamawiają u was dziewcząt dla polskich partnerów biznesowych? By sobie zaskarbić ich względy na przykład?

— Bywa, że zamawiają. Ale jakimi przesłankami się kierują? Trudno powiedzieć. Obcokrajowcy są wyjątkowo mało wylewni…

Karen swego czasu można było znaleźć w portfolio Angelsów. Teraz pracuje sama. Nie rzuca się w oczy. Nie chodzi wymalowana jak wamp, na kilkunastocentymetrowych szpilach. Zawsze dyskretna. Jeździ dobrym autem. Opanowana, otwarta. Działa na własny rachunek. Godzina kosztuje u niej 300 zł. Jeśli ma zamówienie na kilka dni, bierze 2,5 tys. zł za dobę. Poza granicami kraju 600 euro dziennie plus koszty przelotu w obie strony. Jej zdaniem, nasi biznesmeni nie mają zielonego pojęcia, czym jest escort service. Przyzwyczaili się do tanich agencji towarzyskich, w których godzina kosztuje 100 zł i wszystko mają w cenie. Nie przeszkadzają im odrażające warunki, dziewczyny niskiego lotu. Prosty przykład: czterech na pięciu chce od niej seksu bez prezerwatywy. To ją przeraża. Kiedyś znany biznesmen zadał jej pytanie: „Jak to, nie umiesz być spontaniczna?!”.

— Spontaniczna a głupia — to dwie różne rzeczy — odpyskowała.

W eskorcie płaci się przede wszystkim za czas spędzony z inteligentną, wykształconą dziewczyną, która po prostu lubi pieniądze. Bogaty facet chce pójść do opery? Na golfa? Nie ma z kim?

— Po to jesteśmy. Do każdego spotkania muszę się odpowiednio przygotować. Wyjście do teatru? Przecież muszę wiedzieć, na co idę. Czytam sztukę… — wyjaśnia Karen sącząc kawę.

Zaznacza, że dużo mniej bierze za escort bez seksu. Ale i tak z reguły kończy się na łóżku…

— Uwodzisz ich?

— Po prostu daję do zrozumienia, że jest to możliwe i ja bardzo chętnie…

— Zdarza się uczucie?

— Obecnie mam chyba czterech takich facetów. Czuję do nich coś więcej, oni do mnie też… Jeden nawet dzisiaj do mnie przyjeżdża z Sopotu. Bardzo bogaty, żonaty mężczyzna.

Zdaniem Karen, najgorszymi klientami są mężczyźni z Warszawy.

— Mam klientów z Krakowa, Torunia… Bardzo mili i sympatyczni panowie. Spędzanie z nimi czasu to prawdziwa przyjemność. Fajnie się bawimy, zwykle obie strony czerpią satysfakcję. Nie mogę tego powiedzieć o biznesmenach z Warszawy. Są najczęściej zblazowani, wulgarni i napaleni na ostry seks. W stolicy wszyscy by chcieli najtaniej, najwięcej, najszybciej.

Śląski epizod

W stolicy Górnego Śląska działa co najmniej kilka renomowanych domów publicznych. Tam bywa elita. Panowie w białych kołnierzykach podjeżdżają mercedesami, płacą złotymi kartami. W zamian oczekują dyskretnej przyjemności. Jedna z agencji ulokowała się blisko byłych central handlu zagranicznego, praktycznie w centrum Katowic. Różowy budynek skrył się wśród drzew — jak przedsiębiorcy, którzy spędzają tam czas na pertraktacjach z kontrahentami.

— Jaką chcesz damę do towarzystwa? Tajkę, Ruską? Do wyboru, do koloru! — zachwala ofertę przyjacielowi z Warszawy prezes spółki notowanej na giełdzie.

— Klienci po trudnych rozmowach handlowych chcą się trochę zrelaksować w miłym towarzystwie. Takie czasy — mówi szef innej firmy giełdowej, trudniącej się eksportem towaru na rynki wschodnie.

Zanim duży zagraniczny kontrakt zostanie podpisany przez prezesów, wcześniej negocjacje prowadzą dyrektorzy lub inni wyznaczeni do nich pracownicy. Przyjeżdżają na kilka dni, zatrzymują się w hotelach, w których jedną rozrywką jest telewizor w pokoju. A na śląskiej ulicy trudno znaleźć osobę, z którą bez problemu można pogadać po angielsku. W dobrej agencji — tak. Poza tym, w gęstej atmosferze półświatka bariery językowe szybko znikają.

— Agencje dla biznesmenów to nie tylko śląska specjalność — podkreśla były prezes huty.

W czasach kiedy kierował hutą, z całej Polski dostawał VIP-owskie zaproszenia na różne konferencje naukowo-badawcze. Często pisano wprost: „Po konferencji organizatorzy zapraszają do spędzenia czasu w miłym towarzystwie.”

Pewna przebojowa, śląska bizneswoman poszła kiedyś na całość. Przez wiele lat z powodzeniem robiła interesy z prezesami spó- łek węglowych (kupowała węgiel po preferencyjnych cenach, na odroczony termin płatności itp.). Zaprosiła ich raz do swojej posiadłości.

— Na imprezę przyjechali prawie wszyscy. Ładna okolica, morze alkoholu, dobre jedzenie. Gdy zabawa rozkręciła się na dobre, pojawiły się wyjątkowo piękne panienki. Eleganckie i gotowe na wszystko. No i fotograf, który uwiecznił rozentuzjazmowanych bossów węglowych — opowiada osoba z branży, obecna na imprezie.

I kończy śląski epizod:

— Potem bohaterowie libacji byli stawiani przez przedsiębiorczą panią prezes pod ścianą. Musieli dostarczać surowiec, za który było wiadomo, że kopalnia nie dostanie pieniędzy. I tak zabawili się na rachunek podatnika — mówi nasz rozmówca.

Szop pracz

Poznała wiele osobistości. Oczywiście nie może wymienić nazwisk. Wielokrotnie czytała wywiady z nimi w różnych gazetach — zaklinają się, że są wspaniałymi mężami, kochają swoje żony i nigdy by ich nie zdradzili…

— Potrafią być śmieszni — mówi Karen.

Rok temu była z jednym takim na Teneryfie. Powiedział żonie, że ma wyjazd służbowy. Poniekąd prawda. Za wszystko płaciła firma, w której właśnie złożył pokaźne zamówienie na sprzęt komputerowy. Spędzili razem tydzień w pięciogwiazdkowym hotelu. Ciężko było, bo facet zerwał się ze smyczy. Ciągle tylko seks i alkohol. Codziennie do śniadania wypijał butelkę whisky. Musiała pilnować, żeby nie wypadł z tarasu...

Innym razem zadzwonił do niej szef firmy z branży spożywczej, miał gości z Włoch. Jechali na Mazury na cztery dni polowania i potrzebowali dziewczyn do escortu.

— Całodobowa opieka, łącznie z tym, że trzeba ich było budzić o 5 rano na dziki. Pojechałam z grupą dziewczyn, których wcześniej nie znałam. Było tip-top! — wspomina Karen.

Na dużych imprezach najczęściej pozyskuje jakiegoś stałego klienta. Podkreśla, że VIP-y to bardzo szczególny target. W białych kołnierzykach, wyuzdani. Atmosfera jest często napięta i dziwna… Jeden sobie kiedyś wymyślił, że będzie odwiedzał ją w domu. Nazwała go szop pracz. Przychodził w bieliźnie damskiej. Elegancki garnitur, a pod spodem koronkowe figi, pas do pończoch. I żadnego seksu.

— Chciał tylko prać moje brudne ubrania w wannie. Miał wymagania co do proszku — musiał być Ariel, ewentualnie Persil. I płyn do płukania Silan lub Lenor, żeby pachniały. Ja sobie mogłam oglądać film. Tylko od czasu do czasu musiałam wejść i powiedzieć: wszystko ma być dokładnie wyprane i wysuszone! Dwie godziny grzecznie prał i wyżymał. Potem pytał, czy może jeszcze posprzątać? Musiałam krzyczeć: nie! Już dziękuję! Wtedy płacił i wychodził. Nigdy nie dotknął mnie ten facet — Karen po dziś dzień nie może wyjść z podziwu.

— Może brał narkotyki?

— On? Nie! Ale był taki notariusz. Bardzo dobry klient. Młody, przystojny. Wciągał koks. Częstował. Nie chciałam. Świetnie płacił, fajny, wesoły… W centrum Warszawy ma kancelarię.

Wynocha

Kilka miesięcy temu firma wdrażająca systemy wspomagające zarządzanie zorganizowała konferencję w Ustroniu. Dla kluczowych klientów. Szczególnie ważny był szef spółki, której właśnie wygasał kontrakt z usługodawcą. Chodziły o nim słuchy, że lubi panienki. Wyjątkowo często „kleił” się do dziewcząt z działu PR. Jakież było zdziwienie organizatorów, gdy koło północy pod jego pokojem rozgorzała awantura. Jurny — rzekomo — prezes ryczał na cały hotel:

— Wynocha!!!

Miał tak zareagować na wizytę escort girl. Złośliwi twierdzą, że była za słaba… Stręczyciel (w tym przypadku rzecznik prasowy) zaklina się, że nie szczędził pieniędzy i wybierał spośród najlepszych. Zarząd software’owej spółki do dzisiaj nie wie, o co tak naprawdę poszło. Rozjuszony prezes nie przedłużył kontraktu.

— Przez myśl mi nie przeszło, żeby zdradzać żonę!!! Banda skończonych idiotów! — relacjonuje poruszony do głębi boss.

Ginący gatunek?

Możesz zainteresować się również: