Europa nie zna się na Rosji

Dariusz Rosiak
20-01-2006, 00:00

Europa zrozumiała, że dla Rosji energetyczny szantaż to sposób odbudowy imperium. Mimo to do wspólnej polityki wobec Putina daleka droga.

„Puls Biznesu”: Czy początek roku otrzeźwił europejskich polityków? Zrozumieli, jakim państwem jest Rosja?

Dariusz Rosati: Europa doznała szoku i uświadomiła sobie, że zastrzeżenia wobec polityki prezydenta Putina i Rosji to nie jakaś polska fobia — tylko realia. W środku zimy Rosja przerwała dostawy energii dla swojego partnera handlowego. Stało się to w pierwszym dniu przewodniczenia przez Moskwę grupie G-8, a jednym z głównych, deklarowanych przez Putina tematów tego przewodnictwa, ma być wielka wizja światowej polityki energetycznej. Dziś to już oczywiste dla każdego, że taka firma jak Gazprom jest całkowicie podporządkowana Kremlowi. Czysty kapitalizm państwowy, którym w Europie straszy się dzieci. To wszystko wywołało ogromny szok.

Nie można już dłużej przymykać oczu na oczywiste fakty: administracja Putina podtrzymuje separatystyczne reżimy w Abchazji, Naddniestrzu, Południej Osetii, toleruje reżim Łukaszenki, gwałci prawa człowieka w Czeczenii, ogranicza swobodę działania mediów i organizacji pozarządowych. To zachowania, które w Europie powinny spotkać się ze stanowczym sprzeciwem.

Do tej pory europejscy politycy żyli na księżycu? Przecież to wnioski oczywiste dla każdego, kto obserwuje rządy Putina...

Nie. Kremlowi udało się przekonać Europę, że Rosja jest wiarygodnym partnerem, a dostawy mogą być zakłócane wyłącznie przez nieodpowiedzialnych partnerów tranzytowych: Ukrainę, Białoruś, być może także Polskę. Stąd pomysł Gazociągu Północnego. Europa nie zdawała sobie sprawy, że największą niewiadomą jest sama Rosja. Przeważyło podejście handlowe: skoro Rosji zależy na sprzedaniu gazu, a Europa chce go kupić, to się dogadamy, bo Rosja jest takim krajem, jak inne. Lekcja ze stycznia 2006 pokazuje, że Rosja Putina to coś zupełnie innego! Państwo, które próbuje odbudować swoją imperialną potęgę, wywierając niedopuszczalną presję na inne kraje, strasząc je wstrzymaniem dostaw energii, karząc te, które wchodzą na drogę reform demokratycznych i nagradzając posłuszne sobie reżimy.

Unia Europejska najlepsze decyzje podejmuje pod presją. Czy ten zimny prysznic może przyspieszyć tworzenie wspólnej polityki energetycznej, a co za tym idzie — zagranicznej?

Do wspólnej polityki energetycznej i zagranicznej daleka droga. Tu każdy próbuje grać swoją grę. Dla Niemców Rosja jest głównym partnerem gospodarczym i energetycznym, dla Francji to sojusznik w przeciwdziałaniu wpływom Stanów Zjednoczonych. My, Polacy, mówiliśmy, że tak się nie da, że trzeba stworzyć wspólną politykę europejską wobec Rosji, bo załatwianie na boku spraw z Putinem mści się nie tylko na Europie jako całości, ale także na tych krajach, które dogadują się z Kremlem. Jedyna sensowna przyszłość dla Europy to jednolita polityka w stosunku do wszystkich krajów trzecich, w tym do Rosji. Polska powinna konsekwentnie przekonywać partnerów do takiego rozwiązania.

W czasie kryzysu po raz kolejny okazało się, że Ukraina jest państwem niezależnym i skierowanym na Zachód. Ale czy Europa chce się integrować z Ukrainą? Już pojawiają się oceny broniące prawa Rosji do posiadania Kijowa w swojej sferze wpływów. Mówi się, że to przecież Rosja utrzymuje gospodarkę ukraińską, że nikt w Europie nie zgodzi się na subsydiowanie kolejnego kraju.

Ukraina jest rzeczywiście uzależniona od gospodarki rosyjskiej, za prezydenta Kuczmy nie uczyniono nic, by to uzależnienie zmniejszyć i za to teraz Ukraińcy płacą. Jednak integracji Ukrainy z Europą nie wolno rozpatrywać wyłącznie w kategorii kosztów. Umacnianie demokracji w tym kraju jest ważne dla Europy — także ze względu na bezpieczeństwo kontynentu. W Europie to zaczynają rozumieć, co nie znaczy, że droga Ukrainy do europejskich instytucji będzie krótka.

Szczególnie w obecnej sytuacji Unii Europejskiej... Z trudem udało się uchwalić budżet na lata 2007-13. Teraz Parlament Europejski wraz z Radą i Komisją Europejską szukają kolejnego kompromisu. Czy widzi pan jeszcze szansę na powiększenie budżetu?

Różnica między stanowiskiem Rady Europejskiej i Parlamentu jest duża, dotyczy kilkudziesięciu miliardów euro. Parlament mówi, że nie można mieć większej Unii za te same pieniądze. Jednak realnie rzecz biorąc przestrzeń kompromisu nie jest duża, być może uda się zwiększyć budżet o 5-7 miliardów euro. W interesie Polski byłoby przyjęcie budżetu w takiej wersji, jeśli alternatywą miałoby być jego odrzucenie.

Jak pan ocenia dotychczasową politykę europejską rządu?

To polityka niekonsekwentna! Zaczęła się pod złym znakiem wizyty premiera w Londynie. Zupełnie nietrafiony wybór, bo próba zawiązania z Brytyjczykami sojuszu w sprawie budżetu była kompletnym nieporozumieniem. Mam wrażenie, że rząd Marcinkiewicza po prostu nie rozumiał, że w Unii liczą się długofalowe interesy, trzeba mieć stałych, silnych partnerów. W drobnych sprawach, takich jak fundusze spójności, VAT, itd. musimy szukać taktycznych sojuszy. Jednak w sprawach zasadniczych powinniśmy wiedzieć, z kim nam po drodze. Budżet na 7 lat, konstytucja europejska, budowa unii politycznej, granice rozszerzania Unii — to są sprawy zasadnicze. Powinniśmy zawiązywać trwały sojusz z krajami, które mają podobną wizję Europy. Czyli w praktyce głównie z Niemcami i Francją.

Druga gafa rządu Marcinkiewicza to zapowiedź zawetowania dyrektywy europejskiej w sprawie fuzji banków. Trzecia, fatalna — to kompromitujący występ ministra rolnictwa w Brukseli, który nawet nie siadł do stołu rokowań, przez co Polska straciła bardzo dużo pieniędzy. Chciałbym wierzyć, że te wpadki wynikały z braku doświadczenia, że to koszt rozruchu nowego rządu... Ale obawiam się, że to może być przejaw braku zrozumienia idei europejskiej…

Jednak ten sam rząd odniósł sukces negocjacyjny w sprawie budżetu. Czy teraz wierzy już pan w proeuropejskość tego gabinetu, a gęba eurofobów, którą mu przyprawiano, jest... tylko gębą?

Nie! Nadal nie wiem, jakie jest stanowisko rządu w sprawie przyszłości konstytucji europejskiej, PiS jest bardzo sceptyczne, podczas gdy w polskim interesie leży uchwalenie traktatu, który zapewniałby większą solidarność krajów bogatych z nami. Prosty przykład: gdyby traktat konstytucyjny był w mocy 7 miesięcy temu, Brytyjczycy nie byliby w stanie zawetować budżetu w wersji proponowanej przez Luksemburg, czyli gwarantującej Polsce lepsze warunki niż obecnie. Straciliśmy sporo pieniędzy, bo obowiązuje traktat nicejski.

Jaka jest polska wizja Europy?

Nie ma takiej wizji.

A może — nie powinno jej być? W końcu Irlandia czy Portugalia również nie mają żadnej wizji Europy. Nawet kraje większe, takie jak Hiszpania, czy Włochy....

No właśnie, Włochy to przykład kraju, który na skutek braku konsekwentnej polityki europejskiej nie odgrywa w Europie takiej roli, jaką mógłby. Pewnie po części ze względu na słabości polityki wewnętrznej, ale również dlatego, że nie umie określić swojej roli w Europie. Włochy liczą się mniej niż, dajmy na to, Holandia, która jest wielokrotnie mniejsza, ale ze względu na stałą proeuropejską postawę liczy się i może liczyć na poparcie głównych graczy na kontynencie.

Dlatego Polsce wizja Europy jest potrzebna. Nasz kraj nadrabia dystans cywilizacyjny w stosunku do zachodu Europy. Jednocześnie leżymy na peryferiach UE, na wschód od nas są kraje nie do końca przewidywalne. Polsce powinno więc zależeć na solidarności ekonomicznej i finansowej, na wspieraniu naszego rozwoju przez kraje bogatsze, na wzięciu przez nie odpowiedzialności za nasze bezpieczeństwo. Nie tylko w sensie militarnym — tu głównym instrumentem bezpieczeństwa pozostaje NATO, choć powinniśmy zmierzać do stworzenia europejskiego systemu obrony — ale bezpieczeństwo w takich sprawach jak kontrola granic, wizy, imigracja, kontrole weterynaryjne, dostawy energii, itd. Taką Europę można budować tylko w oparciu o zwartą unię polityczną. Nie możemy mieć i gwarancji bezpieczeństwa, i funduszy strukturalnych, i Wspólnej Polityki Rolnej, a jednocześnie gromko dopominać się, by Europa pozostała luźnym związkiem indywidualnych państw. Błąd eurosceptyków, także tego rządu, polega na tym, że oni chcą zachowania wszystkich instrumentów decydowania o sobie, ale zapominają, że wówczas ryzyko zagrożeń rośnie, bo w takiej sytuacji sami o sobie będą decydować również Niemcy, Francuzi, Włosi. Dlaczego mieliby wówczas finansować nasz rozwój, dlaczego mieliby być solidarni wobec Polski?

Wyjmijmy z tej wizji zintegrowanej Europy kilka konkretnych rzeczy. Z jednej strony mamy strategię lizbońską, zakładającą finansowanie głównie nauki, nowych technologii, unowocześnienia Europy. Z drugiej, Wspólną Politykę Rolną (WPR), która pochłania lwią część budżetu Unii. Brytyjczycy uczynili to przeciwstawienie jednym z tematów swojej prezydencji, opowiadając się zdecydowanie za odejściem od WPR. A jak my powinniśmy się zachować?

Pamiętajmy, że WPR na dłuższą metę jest nie do utrzymania, Unia wcześniej czy później od niej odejdzie. Dlatego naszym celem powinno być wyrównanie szans. Nie może być tak, że my dostajemy jedną trzecią dopłat, a Francuzi czy Hiszpanie 100 proc. Tu się warto kłócić i pilnować swego, jednak długofalowym celem powinno być unowocześnienie Europy. O jej sukcesie lub porażce będą decydowały edukacja, nowe technologie, konkurencyjność, a nie rolnictwo.

Czy Polska powinna być rzecznikiem sojuszu Europy z Ameryką?

Polska ma ścisłe związki z USA — i tak powinno zostać. Większość nieporozumień z naszymi partnerami europejskimi w tej sprawie wynikała ze złej dyplomacji. Nie ma wspólnej polityki zagranicznej, nie ma wspólnej polityki obronnej Europy... Trudno mówić, że Polska nie realizowała czegoś, czego nie ma. Francuzom i Niemcom trzeba powiedzieć jasno: Stany Zjednoczone pozostaną naszym głównym sojusznikiem i partnerem militarnym, dopóki Europa nie będzie w stanie się sama obronić. A to odległa perspektywa. Polska powinna też przeciwstawiać się próbom uczynienia z Europy rywala USA. Próby tworzenia osi antyamerykańskich, na dodatek z udziałem Moskwy, są po prostu śmieszne. Nie wolno wdawać się w tego typu awanturnictwo. Trzeba przekonywać cierpliwie Francuzów i Niemców czy Hiszpanów, że popełniają błąd. Musimy im uświadamiać, że nasze myślenie o bezpieczeństwie wynika z historycznego doświadczenia. Konflikt gazowy pokazuje dobitnie, że nasze obawy to nie jakieś wymysły, tylko realne zagrożenia, których źródłem są neoimperialne tendencje w polityce rosyjskiej. Chcemy współpracy i partnerstwa z Rosją demokratyczną — ale taka Rosja jeszcze nie powstała.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Dariusz Rosiak

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Europa nie zna się na Rosji