Uważam, że ze spokojnym sumieniem można zamknąć oczy i zamienić na najbliższe 2-3 lata WIG20 na kombinację indeksów z Francji, Niemiec, Hiszpanii czy Włoch — przekonuje Andrzej Lis, zarządzający z Altus TFI, który słabość portfela rodzimych blue chipów dostrzega w zdominowaniu go przez banki, uwiązane kredytami we franku, oraz spółki energetyczne, zmuszane do ratowania sektora węglowego. Inwestorów pozytywnie oceniających zachodnioeuropejskie giełdy przybywa jak grzybów po deszczu, a do „romansu” ze starym kontynentem przyznał się niedawno nawet sam Warren Buffett. Z badań BofA Merrill Lynch wynika, że jeszcze nigdy zarządzający funduszami nie byli tak pozytywnie nastawieni do giełd Europy. Wyliczany przez tę instytucję wskaźnik odzwierciedlający zamiar przeważania aktywów europejskich i amerykańskich wzrósł do 76 proc. z 10 proc. netto przed miesiącem. I choć Warren Buffett mawiał, że pogodna jednomyślność często słono kosztuje, to jednak nie da się obojętnie przejść obok oręża, które w marcu weźmie Europejski Bank Centralny.



W oparach ożywienia…
EBC zdecydował się na uruchomienie skupu obligacji, którego wartość jest większa od oczekiwań inwestorów.
— Luzowanie ilościowe w Europie jest wsparciem dla giełd i osłabia euro. Każde 10 proc. spadku wartości wspólnej waluty to poprawa zysku dla giełdowych spółek francuskich o 9 proc., a niemieckich o 6 proc. — szacuje Andrzej Lis.
Już teraz jednak Europa zaskakuje inwestorów swoją siłą, i to po kilku latach kiepskiej koniunktury, dużych cięć budżetowych oraz słabego popytu konsumenckiego. W styczniu Komisja Europejska podniosła prognozy wzrostu gospodarczego krajów strefy euro. W 2015 r. PKB ma wzrosnąć o 1,3 proc., a w 2016 r. o 1,9 proc.
— Poprawa danych makro jest silniejsza, niż prognozowaliśmy, i dotyczy wszystkich krajów strefy euro. Europa dogania gospodarczo USA i w tym kontekście perspektywy dla europejskich giełd są bardzo pozytywne — ocenia Graham Secker, specjalista ds. europejskich rynków akcji w Morgan Stanley.
Dodatkowo Andrzej Lis zwraca uwagę na ogłaszane plany reform, poprawiających konkurencyjność gospodarek. Na przykład we Francji, nazywanej przez prof. Krzysztofa Rybińskiego „chorym człowiekiem Europy”, rząd planuje obniżyć koszty pracy, zmniejszyć opodatkowanie firm oraz uprościć procedury administracyjne dla przedsiębiorstw i jednocześnie obniżyć podatki dla najmniej zarabiających, co może dotyczyć nawet 4 mln gospodarstw domowych.
— Jest to plan długofalowy, np. obniżki CIT mają zacząć się w 2017 r., tak aby w 2020 r. spaść do 28 proc. z obecnych 33,3 proc. I choć inwestorzy nie wierzą w pełne powodzenie i wdrożenie zapowiadanych reform, jednak ważne jest to, że po wielu latach stagnacji robione są pierwsze kroki, aby wzmocnić konkurencyjność gospodarki francuskiej — dodaje Andrzej Lis.
…i taniego euro
Eksperci zgodnie twierdzą, że największym beneficjentem luzowania ilościowego oraz taniejącego euro będą eksporterzy. Dlatego faworytem zarządzających są przede wszystkim Niemcy i Francja.
— Najwięcej nowej płynności w ramach europejskiego QE trafi właśnie do największych krajów, jak Niemcy i Francja. Pozytywnie patrzymy także na wybrane spółki z Hiszpanii — w tym przypadku również pod kątem poprawiających się danych makro — mówi Jarosław Jamka, szef zespołu zarządzania aktywami Ipopema TFI. W USA od sześciu lat trwa hossa. I choć specjaliści przekonują, że amerykańska giełda wciąż ma potencjał do zwyżek, to wyceny tamtejszych spółek są już wysokie. Na tym tle perspektywy europejskich rynków akcji stają się jeszcze bardziej atrakcyjne.
— Jeżeli do tego dodamy spodziewane zacieśnianie polityki monetarnej w USA, to taka realokacja regionalna jest uzasadniona. W mojej ocenie najciekawiej wyglądają rynki akcji w Niemczech, Wielkiej Brytanii oraz Hiszpanii, a także niemiecki rynek nieruchomości. Gospodarki tych krajów są najmocniejsze, a zyski firm rosną — wylicza Paweł Niniewski z Open Finance TFI.
Uwaga na korektę
Niemiecki DAX i francuski CAC40 wzrosły już w tym roku po 14 proc. Takie zwyżki wraz z wszechobecnym hurraoptymizmem oznaczają spore ryzyko korekty. Ale nawet to nie odstrasza zarządzających. Wręcz przeciwnie.
— Myślę, że sporo inwestorów czeka na korektę na głównych indeksach europejskich. Pewnie dlatego tak o nią dzisiaj trudno. Ostatnie największe ryzyko, związane z negocjacjami z Grecją, spowodowały bardziej ruch boczny niż prawdziwą korektę. Po zakończeniu negocjacji z Helladą akcje znów kontynuują rajd — przypomina Jarosław Jamka.
Ekspert uważa jednak, że w którymś momencie korekta nadejdzie. Impulsem może być np. eskalacja ryzyka na Ukrainie, mocniejsza zmiana retoryki Fedu i osłabienie się dolara, ale chwilowo inwestorzy nie mają jakiegoś wyraźnego powodu.
— Ryzyko korekty jest zawsze, szczególnie jeśli w USA nadejdzie głębsza przecena, ale przez półtora roku polisę ubezpieczeniową wystawia Mario Draghi. Reasumując, ryzyko jest mniejsze, potencjał zwyżek większy, a pomysły inwestycyjne jeszcze nie są aż tak „zatłoczone” — przekonuje Paweł Niniewski.
OPINIE
Na Wall Street wcale nie jest drogo
Spółki amerykańskie są tańsze, niż wynikałoby to z analizy podstawowego wskaźnika cena do zysku — uważa Savita Subramanian, szefowa działu strategii amerykańskiego rynku akcji w BofA Merrill Lynch. Jej zdaniem, akcje z giełdy w Nowym Yorku są dalekie od przewartościowania, pomimo że wskaźnik cena do zysków, prognozowanych na 2015 r. dla indeksu S&P500, sięga 16,1 i jest na najwyższym poziomie od 2004 r. Specjalistka przeanalizowała 16 innych wskaźników mierzących atrakcyjność amerykańskich spółek. Z jej wyliczeń wynika, że relacja EV/EBITDA dla tegoż indeksu nie przekroczyła 10 od rozpoczęcia rynku byka w 2009 r. Szczyt został osiągnięty w zeszłym miesiącu. Kiedy poprzednia hossa zakończyła się w 2007 r., wskaźnik wynosił 12,6. Ekspertka przeanalizowała też wskaźnik cena do wolnych przepływów pieniężnych (FCF) oraz wskaźnik cena do znormalizowanych zysków, skorygowanych o zdarzenia jednorazowe. Na koniec stycznia S&P500 był wyceniany na poziomie 22-krotności FCF, czyli 22 proc. poniżej historycznej średniej. Wskaźnik znormalizowanych zysków wyniósł 18,6 i jest o 2 proc. poniżej średniej liczonej od września 1987 r.
OPINIE
Na Wall Street wcale nie jest drogo
Spółki amerykańskie są tańsze, niż wynikałoby to z analizy podstawowego wskaźnika cena do zysku — uważa Savita Subramanian, szefowa działu strategii amerykańskiego rynku akcji w BofA Merrill Lynch. Jej zdaniem, akcje z giełdy w Nowym Yorku są dalekie od przewartościowania, pomimo że wskaźnik cena do zysków, prognozowanych na 2015 r. dla indeksu S&P500, sięga 16,1 i jest na najwyższym poziomie od 2004 r. Specjalistka przeanalizowała 16 innych wskaźników mierzących atrakcyjność amerykańskich spółek. Z jej wyliczeń wynika, że relacja EV/EBITDA dla tegoż indeksu nie przekroczyła 10 od rozpoczęcia rynku byka w 2009 r. Szczyt został osiągnięty w zeszłym miesiącu. Kiedy poprzednia hossa zakończyła się w 2007 r., wskaźnik wynosił 12,6. Ekspertka przeanalizowała też wskaźnik cena do wolnych przepływów pieniężnych (FCF) oraz wskaźnik cena do znormalizowanych zysków, skorygowanych o zdarzenia jednorazowe. Na koniec stycznia S&P500 był wyceniany na poziomie 22-krotności FCF, czyli 22 proc. poniżej historycznej średniej. Wskaźnik znormalizowanych zysków wyniósł 18,6 i jest o 2 proc. poniżej średniej liczonej od września 1987 r.