Z obowiązku premiera „przedstawia Sejmowi program działania Rady Ministrów” nie wynika przecież ani długość, ani forma. Wynik głosowania i tak jest znany, koalicja PO-PSL oczywiście udzieli gabinetowi wotum zaufania. Gdyby zatem exposé odcedzić z wody i lukru, to mogłoby się ograniczyć do zdania: „Po konkrety odsyłam do projektu budżetu 2015”. Paradoksalnie to dokument z horyzontem czasowym… dłuższym niż perspektywa rządu Ewy Kopacz, albowiem sięga do 31 grudnia, a wybory są w październiku.
Na dodatek Donald Tusk bardzo zawęził swojej następczyni decyzyjne pole. Przed wyjazdem na szczyt Rady Europejskiej 30 sierpnia ogłosił prospołeczny program kampanii wyborczej i jego zapowiedzi zostały uwzględnione w projekcie budżetu. Ewa Kopacz odziedziczyła zatem po pryncypale nie tylko rząd (trzynastu na osiemnastu ministrów), lecz także najważniejszy po konstytucji dokument państwa. W praktyce zatem kreatywność nowej premier na razie jest minimalna.