Wydawałoby się: protetyk to „dobra fucha”, szanowany zawód. Ale kilkuset tysięcy złotych w kilka lat nie sposób zarobić na plastikowych zębach. A Zbigniew Lewartowski zarobił. W konkursach.
Biała Podlaska. Tu ludzie nie palą w wielki post. Ale pić — piją. Knajpa przy rynku. Chłopy przy piwie. O, jaka dyskusja! Zażarta. O „maszynach” w miejscowym komisie, o cenie paliwa. I o polityce.
— A Olechowski mu na to, że płaci podatki, więc chce mieć wicepremiera mądrego i z klasą, a nie z wyrokami na karku, a ten tylko czerwieniał ze złości i kręcił idiotę — relacjonuje program Lisa jeden z nich.
— A u Morozowskiego to jak było! Andrzej wypalił po programie, że da mu w czapę — dorzuca inny.
— W papę — sąsiad jest dokładny.
Przy jednym piwie „publicyści” krytycznie przejrzeli media — z Andrzejem Lepperem w roli głównej: od show Szymona Majewskiego przez „Co z tą Polską” Tomasza Lisa, a na TVN kończąc. Dyskusja o polityce trwała długo. Do czasu.
— Grałeś? — pyta jeden drugiego.
— W adidasa zagram.
— A co tam jest?
— Rowery i piłki.
— Na ch... ci piłka? — wtrąca trzeci.
— Na rower gram. Mały do komunii idzie.
I tak przez pół godziny. Dłużej niż o polityce.
Wreszcie do mego stolika przysiada się człowiek w sile wieku:
— Pan z „Pulsu”? Zbigniew Lewartowski jestem. Przepraszam, że nie zaprosiłem do siebie, ale żona w domu. Nie lubi, gdy mówię o konkursach. Kiedyś kolega dowiedział się, że gram, i doniósł o tym organizatorom konkursu. I nie tylko... Było sporo perturbacji. Żona się wściekła.
— Wielu gra?
— Tak, ale niewielu tak jak ja — mówi krótko.
Dziewięć komórek
Najpierw był totolotek. Potem pierwsze konkursy w gazetach.
— Czytałem listy zwycięzców. Byli z różnych miast, ale żadnego z Białej Podlaskiej. Raz namówiłem żonę. Zagrała w konkurs „Poradnika Domowego”. I wygrała komputer! Wtedy to było coś... Wkrótce przyszły komórki i konkursy esemesowe. Pamiętam pierwszy taki konkurs Ery — na dwulecie czy trzylecie firmy. Dwa auta do wygrania, 50 polarów i telefony. Pomyślałem: może warto zagrać? Wygrałem polar, a pod koniec miesiąca przyszedł rachunek za telefon na 150 zł. Wyszło na zero, ale przecież miałem szanse na samochód. Tak się zaczęło. Kolejne konkursy, kolejne wygrane. Wciągnęło mnie — wspomina Lewartowski.
Jest graczem. Kiedyś grał dla samego grania, dziś — dla nagrody. Im droższa, tym gra chętniej. Zdrapki, krzyżówki, kupony, wysyłanie czegoś gdzieś — to nie dla niego. Szkoda mu czasu na takie bzdury. Dzisiaj największe pieniądze wygrywa się w konkursach esemesowych. Zwłaszcza w tych, w których nagrodę zgarnia gracz wysyłający najwięcej esemesów z trafną odpowiedzią albo najwięcej w najkrótszym czasie.
Na stole dwie komórki. Obie jego. Zawsze je nosi. Jedną — jak każdy, do rozmów. Druga to ta „konkursowa”. Na nią przychodzą esemesy o wygranych.
— Dzisiaj z Idei: że wygrałem w ich przedostatnim konkursie. Qua-da. Czekam na wyniki jeszcze jednego — mówi Lewartowski, pokazując monitor telefonu z treścią esemesa: „w quizie Sport Xtreme otrzymujesz quada bugrider”.
Nie takie mizerne te nagrody.
Zawodowcy
Według Lewartowskiego ci, którym przypadają główne nagrody — nawet samochody, mieszkania — to zawodowcy. Rzadko trofeum trafia do przypadkowych graczy. On sam wygrał m.in. dwa samochody, we wtorek — toyotę avensis, w czwartek — nissana triala.
— Przez to straciłem przyjaciela, który grał w tym samym konkursie. I był pewien, że wygra. Miał żal, że sprzątnąłem mu sprzed nosa pewną wygraną. Smutna historia — z morałem, że nie wolno spoczywać na laurach, tylko grać do końca.
O co chodziło?
— O toyotę avensis, główną wygraną w konkursie PZU. Należało w jak najkrótszym czasie wysłać esemesy z trafną odpowiedzią na 50 pytań o ruchu drogowym. On od początku prowadził, a ja byłem daleko za nim. Odpowiedział na pytania w 23 minuty, mnie to zajęło godzinę. Ale w regulaminie konkursu stało, że każdy gracz może poprawić swój czas, grając jeszcze raz. I rzeczywiście: kiedy odpowiedziałem na wszystkie pytania dostałem esemesa: „Możesz poprawić swój czas”. I po prostu to zrobiłem. Łatwe, bo pytania te same. On zrezygnował — sądząc, że i tak nikt go nie pobije. Szkoda mu było pieniędzy. Ja z dziewięciu komórek wysłałem odpowiedzi w 5 minut. I zwyciężyłem. Tyle. Ale szkoda przyjaźni — relacjonuje Lewartowski.
W wygraną zainwestował 4 tys. zł. Ale w tydzień zarobił na czysto 180 tys. zł (samochody). Przez kilka lat wygrał fanty (czasem wygraną dzielił z innymi), które — jak mówi — szacuje na ponad 300 tys. zł.
— Bywało, że w domu stało kilkanaście rowerów, kilka telewizorów, namiotów, mnóstwo drobiazgów. Był też skuter, kino domowe. Sporo.
W jednym z radiowych konkursów należało obstawić dowolną liczbę od 0 do 1000. Triumfował ten, kto postawił na najniższą, a zarazem: najrzadziej obstawianą przez pozostałych. Lewartowski wysłał tysiąc esemesów, każdy z inną liczbą — i wygrał skuter dla syna (czyli jakieś 5 tys. zł).
Spryt
Prócz samochodów, najbardziej lubi grać o wycieczki.
— Niedawno byłem na Dominikanie z Radia Eska. Pojechali też Kombi i Mandaryna. Super! Wystarczyło wysyłać esemesy z hasłem na butelkach Lipton Ice Tea. Kupiłem kilka zgrzewek i posłałem esemesy po 2 zł każdy. Miałem farta, bo w finale dwie pierwsze osoby nie trafiły z odpowiedzią — wspomina Lewartowski.
Dzięki konkursom zwiedził połowę świata. Z Coca-Coli był na mundialu w Korei, potem w Brazylii i Hiszpanii. W konkursie Radia Zet wygrał podróż dookoła świata wartą 40 tys. zł. Żeby po nią sięgnąć, zainwestował 600 zł.
— Warunkiem uczestnictwa w konkursie był zakup startera Idei. Kosztowały wtedy albo 20, albo 60 złotych. Kupiłem dziewięć droższych. Trzeba było jak najszybciej odpowiedzieć na dwa pytania w kilku kolejnych eliminacjach. Na początku nie szło mi najlepiej. W finale wygrywał facet z Łomży (też zawodowiec) — z czasem 17 sekund. Ja miałem 42 sekundy, ale wygrałem, bo coś się chyba Idei pochrzaniło z systemem, który wskazał na mnie. Były reklamacje, ale myśmy już wojażowali po świecie — mówi Lewartowski.
Słowem: fart też potrzebny. Ale na szczęście nie ma co liczyć. Lepszym koniem do obstawienia jest zawsze spryt. W czym tkwi tajemnica?
— Profesjonalizm. Do gry trzeba podchodzić poważnie — z nastawieniem, że gra się o główną nagrodę. Najważniejsze to zacząć od przeczytania regulaminu konkursu. Mało kto to robi. Ja dzięki temu wygrałem Brazylię. Wyczytałem, że konkurs zaczyna się o północy i trwa dwa dni. Wygrywała osoba, która pierwsza zebrała największą liczbę punktów. Co zrobiłem? Pierwszego esemesa wysłałem dokładnie o 12 w nocy i do drugiej miałem już maksymalną liczbę punktów. Potem trochę stresu: czekanie, czy aby ktoś wcześniej ich nie zdobył. Rano wyniki. Wygrałem! Drugi zawodnik przysłał poprawne odpowiedzi dopiero o ósmej rano — skrupulatnie opisuje Lewartowski.
Za to z Hiszpanią nie poszło tak łatwo. Co prawda, Lewartowski wygrał tygodniowy pobyt w Realu Madryt i ściskał dłoń Davida Beckhama, Morientesa i Raula, ale — jak sam mówi — sporo go to kosztowało.
— Konkurs Pepsi, kilkuetapowy. Chodziło o to, by zebrać jak najwięcej punktów za trafne odpowiedzi. By wygrać, zmontowałem zespół. Każdy musiał wyłożyć 1500 zł. Z okolicznych hurtowni wykupiliśmy cały zapas promocyjnej Pepsi — ponad 4000 butelek. Potem syn z kolegami to, czego nie wypili, rozdali dzieciom albo wylali do Krzny. Wygraliśmy psychologicznie... Wysłaliśmy prawie tysiąc esemesów, bo jeden pozwalał zarejestrować tylko pięć kapsli. W internecie na bieżąco szły aktualne wyniki graczy. Mieliśmy strategię, aby być nieco w tyle za pierwszym graczem — ale z dużą stratą: tak, by myślał, że prowadzi w cuglach. W ostatni dzień mieliśmy dokupić jeszcze kilkaset butelek i w nocy wysłać dodatkowo esemesy, by rano się okazało, że jesteśmy pierwsi. Nikt nie zdążyłby już nas pokonać. Wygraliśmy o 2 tysiące punktów. Tak samo później załatwiliśmy klientów w konkursie, w którym nagrodą był wyjazd do Stanów na koncert Beyoncé — mówi Lewartowski.
Dużo wydaje na konkursy?
— Sporo. Jedna rodzina mogłaby się utrzymać — odpowiada szybko.
Kasa idzie głównie ze sprzedaży wygranych:
— Teraz przychodzą nagrody z Nestle. Potrzymam je pół roku, bo tyle muszę, by nie płacić podatku od wygranej — i sprzedam. Jak zwykle za połowę ceny, no, może za trochę więcej.
A mieszkania? Grał o jakieś?
— Wierzy pan w takie wabiki? Bo ja nie! — mówi kategorycznie Lewartowski.
Wtopy
Nie kryje, że sporo też umoczył. Największa wtopa?
— Raz napaliłem się na konkurs w radiu Zet. Do wygrania był koreański skuter — za 22 tys. zł. Mimo że na rachunku telefonicznym miałem wtedy już 3 tys. zł manka, zagrałem. Początkowo nawet prowadziłem. Przegrałem raptem o 44 esemesy! I manko urosło do 7 tys. Druga wtopa? Z samochodem. Szliśmy na punto. W trzydniowym finale wygrywał ten, kto przesłał najwięcej esemesów. Obliczyłem, że w minutę sam jestem w stanie posłać cztery esemesy — każdy po 1,22 zł. Mnożąc to przez 60 minut i przez 24 godziny, wyszło jakieś 5800 esemesów na dobę. Umówiłem się ze znajomym, że będę wysyłał je w nocy, on zaś — w dzień. Ale nawalił. Wysyłałem sam jednego dnia przez 16 godzin, drugiego — 14 godzin. I wtopa... Za mało. Na karty poszło jakieś 7 tys. zł — wspomina Lewartowski.
Każdy gracz ma swój czarny wtorek. Lewartowski też. Przegrał wtedy dwa samochody. Do dziś twierdzi, że został oszukany.
— W jednym konkursie do wygrania była nowa toyota corolla, a w drugim — renault megane. Trwały kilka dni, a listy zwycięzców po każdym dniu publikowano w internecie. Każdy mógł zobaczyć, które miejsce zajmuje w danej chwili. Grałem w obu. Byłem pewien, że wygram. Wszystko na to wskazywało. Po zakończeniu pierwszego konkursu dostałem esemesa: zająłeś drugie miejsce. Po drugim — taki sam. Mało, a nie walnąłem telefonem o ścianę ze złości. Tym bardziej że wygrał facet, który ani razu nie był na liście zwycięzców — mówi Lewartowski. I się złości:
— Pewnie zięć prezesa.
Jest przekonany, że nie wszystkie konkursy są uczciwe, że wiele jest ustawianych. Jak choćby ten z mercedesem.
— W godzinę straciłem 750 zł. Pokonałem wszystkich, ale po zakończeniu konkursu, zamiast mercedesa, dostałem wiadomość o swojej dyskwalifikacji. Twierdzili, że oszukiwałem. Gdzie tam! Tylko za szybko odsyłałem odpowiedzi. Napisałem reklamację, ale co będę z nimi walczył. Machnąłem ręką — mówi Lewartowski.
Na mercedesa wartego ponad sto tysięcy złotych.
Inżynieria konkursowa
Nałóg. Konkursy wciągają. Jeżeli ktoś raz wygrał główną nagrodę, to już będzie grał.
Podsumujmy. Najlepsze są te konkursy, które dopiero się zaczynają i nie są promowane w mediach. Z prostej przyczyny: niewielu gra. Na razie. Bo im dłużej trwa konkurs, tym więcej pojawia się kandydatów na sukces — i szansa na „wyjęcie” głównej nagrody mniejsza.
Główna nagroda przyciąga, pocieszenia — zachęca. Bo jak się samochodu nie trafi, to przynajmniej „na bank” wyjazd, kino domowe, jakąś kamerę wideo albo zapas piwa na rok. No, i w konkurs trzeba zainwestować. Czasem sporo.
— Około 50 procent wartości nagrody głównej. Czasem wystarczy samemu, ale niekiedy robi się zespół. Zazwyczaj gram za swoje, tylko dwa razy byłem w spółce, gdy szło o drogie samochody. Nie ma co oszczędzać, bo gdy zainwestujesz 30 proc., a będziesz drugi — tracisz wszystko. Przez pazerność. Jeśli już się decydujesz, musisz iść na całość — tłumaczy swą filozofię Lewartowski.
Ale trzeba uważać, by nie przepłacić, bo żeby zarobić przynajmniej kilka tysięcy i grać dalej, to fant (np. samochód) trzeba szybko sprzedać, zazwyczaj za dwie trzecie ceny.
Ważne są strategia i spryt. Początek wielu konkursów to północ. I wtedy warto się zaangażować, bo większość graczy zacznie dopiero rano. To dotyczy zwłaszcza konkursów typu „kto pierwszy, ten lepszy”.
Wirus
Lewartowskiego w Białej Podlaskiej dobrze znają. Wiedzą, że gra. Zwłaszcza sklepikarze i dzieci go lubią. Malcom rozdaje czasem, a to batoniki promocyjne, a to coca-colę, też promocyjną. Mówi o sobie „Wirus”, bo graniem zaraził wielu mieszkańców. Widzą, że wygrywa, więc też próbują. Ponoć pięciu-sześciu to już prawie „zawodowi gracze”.
Na miejscowej stacji benzynowej, pracownicy — młodzi chłopcy — liczą kapsle po piwie. Jest promocja. Można wyjąć wyjazd do Niemiec na mistrzostwa świata w kopanej.
— Jak pan zatankuje do pełna, to też jest konkurs. 500 zł można wygrać — zachęca mnie jeden z nich.
No, to do pełna.
