Nastroje konsumentów załamały się. Są niemal tak złe jak w szczycie pandemii w 2020 roku, mimo że ogólna sytuacja gospodarcza jest dużo lepsza, a pandemiczna nieco lepsza niż wtedy. Powodem pogorszenia nastrojów jest inflacja, która sprawia, że ludzie redukują oczekiwania dotyczące swoich wydatków i oszczędności. Na razie te negatywne odczucia nie przekładają się na popyt, ale to się może zmienić w kolejnych miesiącach. Największe ryzyko dotyczy popytu na tzw. dobra dyskrecjonalne i trwałe, czyli te, które w czasie pandemii akurat sprzedawały się dobrze.
Nastroje konsumentów może śledzić dzięki miesięcznym badaniom GUS. W innych krajach robią to też urzędy statystyczne, albo inne instytucje – na przykład w USA miesięczne badania prowadzi Uniwersytet Michigan, a oddzielnie firma Conference Board.

W Polsce w styczniu indeks nastrojów spadł do poziomu -29,2 pkt, czyli najniższego od listopada 2020 r. Jak widać na wykresie załamanie indeksu jest dość duże. Przyczyny są dwie.
Jedną jest pogorszenie sytuacji epidemicznej i rozwój kolejnej fali COVID-19. Ale to nie może być główna przyczyna, ponieważ szczegółowe badania GUS pokazują, że ludzie boją się epidemii znacznie mniej niż na jesieni 2020 r. Na przykład, odsetek osób twierdzących, że pandemia stanowi duże zagrożenie dla zdrowia populacji wynosi obecnie 39 proc., podczas gdy w listopadzie 2020 roku sięgał 56 proc. Więc w poszukiwaniu przyczyn pogorszenia nastrojów trzeba iść dalej.
Drugą przyczyną spadku indeksu jest inflacja, która obniża realną dynamikę płac i przez to pogarsza perspektywy konsumpcji. Przy czym nie musi to oznaczać, że popyt konsumpcyjny wyhamuje już dziś, bo inflacja sprawia jednocześnie, że zmniejsza się realna stopa procentowa i tym samym spada skłonność do oszczędzania. Natomiast jest to obrazek niezbyt optymistyczny z punktu widzenia popytu konsumpcyjnego w dalszej części roku.
Jak interpretować te dane? Co one oznaczają dla gospodarki? Warto pamiętać, że nastroje konsumentów mają przede wszystkim wpływ na popyt na te produkty, które nie należą do kategorii pierwszej potrzeby. Raczej nie jest to żywność, transport, energia, odzież, farmaceutyki itd. A mogą to być samochody, meble, sprzęt RTV/AGD, wycieczki do ciepłych krajów czy droższe restauracje. Innymi słowy, wrażliwe na zmiany nastrojów są te produkty, które ludzie mogą, ale nie muszą kupować.
Pokazuję to na przykładzie danych z USA, które mają dokładniejsze niż Polska dane o konsumpcji i starsze dane historyczne. Jak widać na wykresie, historycznie nastroje konsumentów były bardzo mocno związane ze sprzedażą tzw. dóbr trwałych, czyli m.in. samochodów, sprzętu RTV/AGD, czy mebli. Pandemia zniwelowała tę zależność między nastrojami a popytem, ponieważ ludzie otrzymali potężne wsparcie fiskalne, a jednocześnie przekierowali wydatki z usług na towary. Więc w ostatnich kwartałach popyt na dobra trwałe nie podążał za nastrojami. Ale jak wróci normalność to i stare zależności gospodarcze będą znów działały.
W Polsce może zdarzyć się to samo. Na razie popyt jest wysoki, ponieważ dochody wciąż rosną, a jednocześnie ludzie redukują oszczędności. Ale w tym roku sprzedawcy dóbr trwałych i generalnie produktów dyskrecjonalnych mogą natrafić na większą barierę popytu niż w minionych pięciu-sześciu kwartałach.