Fatamorgana zarobków ciągle na horyzoncie

opublikowano: 17-04-2019, 22:00

Dane o zatrudnieniu i wynagrodzeniach przypominają stary problem rodzimego rynku pracy — Polacy ciągle zarabiają mało.

Przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw w marcu wyniosło 5164,53 zł — wynika z danych.

To oznacza wzrost o 5,7 proc. rok do roku, czyli o 1,7 pkt proc. mniej, niż przewidywali analitycy. Przeciętne zatrudnienie osiągnęło poziom 7,393 mln, a więc wzrosło o 3 proc. względem danych z marca 2018 r., nieznacznie, bo o 0,1 proc., przekraczając oczekiwania specjalistów. Pełną strukturę danych, w podziale na sektory gospodarki, poznamy po świętach, jednak takie informacje napawają niepokojem. Trzeba jednak pamiętać, iż w poprzednim miesiącu odnotowano wysoki wzrost wynagrodzeń w górnictwie, który najpewniej związany był z wypłatą premii i nagród rocznych. Jakub Rybacki, ekonomista ING Banku Śląskiego, uważa, że marcowy wynik jest wypadkiem przy pracy, a nie początkiem trendu.

— Tak duży spadek dynamiki traktujemy jako anomalię — skala firm deklarujących podwyżkę wynagrodzeń w badaniach ankietowych NBP sugeruje, że wzrost w kolejnych miesiącach powinien oscylować nieco poniżej 7 proc. r/r. Również trend w większości branż był dotychczas stosunkowo stabilny, a silne dane o zatrudnieniu — wzrost 3 proc. r/r w marcu) są argumentem za utrzymaniem tendencji — komentuje ekspert banku ING.

Głębszym problemem całego polskiego rynku pracy są jednak wynagrodzenia, które rosną zdecydowanie wolniej niż liczba pracujących i inflacja. Na pierwszy rzut oka wzrost zarobków Polaków w drugiej dekadzie XXI w. jest imponujący — w styczniu 2010 r. do pracowników przeciętnie trafiało 3230,36 zł brutto, podczas gdy obecnie prawie 2 tys. zł więcej. Warto jednak pamiętać, iż w tym samym czasie skumulowana inflacja wyniosła 14,3 proc., znacznie hamując wzrost zamożności Polaków. Po jej uwzględnieniu realne płace w ciągu minionych dziewięciu lat wzrosły zaledwie o 6,8 proc. Liczba pracujących natomiast zwiększyła się o ponad 22 proc. Analitycy największych banków dostrzegli ten trend.

Ekonomiści PKO BP ukuli nawet określenie „praca zamiast płacy”, co oznacza, że motor napędowy polskiego PKB, a więc konsumpcja prywatna, ma swoje źródło w nowych etatach, a nie w wyższych pensjach. Jednocześnie jednak eksperci PKO BP spodziewają się, że nadchodzący stymulus fiskalny będzie podgrzewał polską konsumpcję.

— Choć wzrost dynamiki realnego funduszu płac wyhamował, a wzrost inflacji będzie także go ograniczał, to stymulus fiskalny oraz bardzo dobre nastroje pozostaną paliwem dla wzrostu konsumpcji w dalszej części roku — konkludują analitycy PKO BP.

Zdaniem Grzegorza Maliszewskiego, głównego ekonomisty Banku Millennium, w tym cyklu koniunkturalnym nie ma już szans na wyższe wynagrodzenia.

— W kolejnych latach przyspieszenie wynagrodzeń też nie wydaje się możliwe. Najlepszy okres prosperity w tym cyklu mamy już za sobą. Nawet jeśli hamujący dotychczas podwyżki pracownicy z Ukrainy masowo wyjadą do Niemiec, przedsiębiorcy będą woleli hamować swój rozwój niż zwiększać koszty poprzez podnoszenie pensji — uważa ekonomista.

fb545d1e-8c30-11e9-bc42-526af7764f64
Ekonomia na dzień dobry
Newsletter autorski Marcela Lesika
ZAPISZ MNIE
Ekonomia na dzień dobry
autor: Marcel Lesik
Wysyłany raz w tygodniu
Marcel Lesik
Autorski newsletter poświęcony światowej ekonomii: analizy, prognozy, badanie trendów i sprawdzanie faktów.
ZAPISZ MNIE

Administratorem Pani/a danych osobowych będzie Bonnier Business (Polska) Sp. z o. o. (dalej: my). Adres: ul. Kijowska 1, 03-738 Warszawa.

Kliknij w link w wiadomości, aby potwierdzić subskrypcję newslettera.
Jeżeli nie otrzymasz wiadomości w ciągu kilku minut, prosimy o sprawdzenie folderu SPAM.
© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marcel Lesik

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu