Stołeczna enklawa nad Potomakiem jest tak odmienna od reszty USA, że fascynuje i Amerykanów, i przybyszów ze świata.
Wyobraźmy sobie kwadratową kartkę papieru, z której po lewej stronie oddarto postrzępiony pasek, od góry do dołu. Właśnie taki kształt ma Dystrykt Kolumbii (District of Columbia — D.C.), czyli Waszyngton. Trzy prostopadłe boki zostały wytyczone przy linijce, a tym nieregularnym czwartym jest rzeka Potomac.
Geometria polityczna
W USA figury geometryczne występują na mapach często, wystarczy spojrzeć na granice stanów, biegnące prościutko wzdłuż równoleżników lub południków. Nic dziwnego, że gdy ponad 200 lat temu Kongres postanowił zbudować stolicę młodego państwa, utworzona została w tym celu specjalna jednostka administracyjna w kształcie kwadratu. Miejsce wybrał w roku 1790 osobiście pierwszy prezydent Jerzy Waszyngton, lokalizując federalny dystrykt w sercu ówczesnych Stanów Zjednoczonych, na styku Północy z Południem.
Terytorialną „zrzutkę” na D.C. zrobiły dwa stany: Maryland i Wirginia. Przez wydzielony z nich kwadrat o wymiarach 10 na 10 mil płynął dzielący oba stany Potomac. Jednak w roku 1846 Wirginia upomniała się o swój teren (uznała darowiznę za chybioną, a potem w czasie wojny secesyjnej przystąpiła do Konfederacji) i 39 mil kwadratowych do niej wróciło, dystrykt zaś musiał ograniczyć się do 61 mil kwadratowych na lewym brzegu — stąd jego dzisiejszy kształt.
Prezydent Waszyngton zmarł w grudniu 1799 r. i już nie doczekał przeniesienia stolicy z Filadelfii, co nastąpiło w czerwcu 1800 r. W atmosferze powszechnego żalu po stracie ojca niepodległości, nazwanie nowego miasta Waszyngtonem było oczywistością. Po wojnie secesyjnej Kongres w 1871 r. przejął bezpośredni zarząd nad federalną enklawą. Kilka lat później stolica wchłonęła ekskluzywne miasto Georgetown i tym samym wypełniła cały dystrykt. Od tamtego czasu Waszyngton obszarowo jest tożsamy z D.C., dlatego obie nazwy używane są wymiennie, a najczęściej łącznie.
Lepsi, czyli gorsi
Stali mieszkańcy Waszyngtonu wewnętrznie czują się lepszymi, ale prawnie są gorszymi obywatelami Stanów Zjednoczonych. Codziennie mogą spotykać na ulicy senatorów i kongresmenów ze wszystkich stanów, za to własnych nie wybierają. Konstytucja, napisana przed utworzeniem D.C., na dziesiątki lat „zapomniała” o prawach wyborczych jego mieszkańców. Chodziło o to, aby stolica zachowała neutralne oblicze polityczne.
Dopiero w 1961 r. XXIII poprawka do Konstytucji USA przyznała dystryktowi miejsca w kolegium elektorskim, formalnie wybierającym prezydenta. Od tego czasu Waszyngton, zamieszkiwany w większości przez Afroamerykanów (oczywiście poza rządowym centrum), głosuje zawsze na kandydata demokratów. Nic dziwnego, że prezydent Bill Clinton planował kolejną poprawkę konstytucyjną, aby D.C. miał chociaż jednego pełnoprawnego senatora — ale nic z tego nie wyszło. Republikanie twierdzili, że popsułaby się równa liczba stu senatorów…
Jeśli komuś się ta obywatelska dyskryminacja nie podoba, przeprowadza się do Wirginii czy Maryland, pozostając w waszyngtońskiej aglomeracji. W każdym razie metro sięga daleko poza obszar D.C. Relacje graniczne mają różne oblicza — na przykład kierowca wjeżdżający do stolicy musi ograniczyć prędkość do 25 mil na godzinę, gdy u siebie jest przyzwyczajony do 30… I bardziej ponury przykład — trzy lata temu niejaki John Allen Muhammad, który z karabinu snajperskiego strzelał dla zabawy do mieszkańców stolicy, jedną z ofiar trafił na prawym brzegu Potomaku i… został przekazany sądowi w Wirginii. Rozmyślnie, albowiem w tym stanie jest kara śmierci (a w D.C. nie), którą wielokrotny morderca oczywiście otrzymał.
Skromna przybudówka
Rządowa dzielnica w centrum stolicy oparta jest — jakżeby inaczej — na planie kolejnej geometrycznej figury, tym razem trójkąta prostokątnego. Równoleżnikowo przebiega Aleja Niepodległości (Independence Avenue), południkowo — 23 Ulica (23rd Street), domknięciem zaś jest skośna Aleja Pensylwanii (Pennsylvania Avenue), przy której pod numerem 1600 trafia się na obiekt dość znany na świecie — Biały Dom (The White House).
Siedziba prezydenta udostępniona jest do turystycznego zwiedzania, ale tylko jej główny budynek, powszechnie znany z ekranów telewizyjnych. Natomiast pomieszczenia, w których zapadają najważniejsze dla świata decyzje, znajdują się w Zachodnim Skrzydle (West Wing), które jest niepozorną, pawilonową przybudówką. Miałem tam okazję przebywać całe kilkadziesiąt sekund w słynnym Gabinecie Owalnym (Oval Office) podczas obecności prezydenta USA i zapamiętałem nie żaden teksański „majestat” George’a W. Busha, lecz wrażenia, jakie pozostawia sam gabinet. Skojarzył mi się z… altanką, której okna — oczywiście pancerne — wychodzą chyba na Południowy Trawnik (South Lawn). „Chyba”, bo gdy chciałem się upewnić, Secret Service już wyrzucała nas, pismaków, na zewnątrz.
Błonia pamięci i chwały
Równolegle do Alei Niepodległości wytyczona została Aleja Konstytucji (Constitution Avenue). A pomiędzy tymi bliźniaczymi, reprezentacyjnymi arteriami Waszyngtonu rozpościera się Narodowy Pasaż (The National Mall). To ogromne błonia, szerokie na 0,5 km, a długie prawie na 4 km — licząc od Kapitolu (US Capitol) na wschodzie do Mauzoleum Lincolna (Lincoln Memorial) na zachodzie. Mniej więcej w środku pasażu stoi strzelisty Obelisk Waszyngtona (Washington Monument), w kierunku wschodnim po obu stronach rozłożył się zespół wielkich muzeów Smithsonian Institution, strona zachodnia zaś skupia pomniki pamięci i chwały wojennej, w tym Vietnam Veterans Memorial, czyli słynną granitową ścianę z wyrytymi nazwiskami 58 209 amerykańskich żołnierzy poległych w bezsensownej wojnie wietnamskiej.
Pasaż idealnie nadaje się na miejsce wielkich plenerowych imprez i zgromadzeń. Bodaj najsłynniejszym w dziejach USA był „marsz na Waszyngton” pod wodzą pastora Martina Luthera Kinga, który 28 sierpnia 1963 r. zebrał ćwierć miliona Murzynów (wówczas termin Afroamerykanin jeszcze nie istniał) walczących o prawa obywatelskie. W 1979 r. tłumy zgromadziły się podczas wizyty Jana Pawła II. Dobrze pamiętamy również… Forresta Gumpa, który spod Mauzoleum Lincolna przemawiał do hippisów, a potem skoczył po swoją dziewczynę do Stawu Zwierciadlanego (Reflecting Pool).
Kiedy te wszystkie słynne miejsca zobaczy na własne oczy statystyczny amerykański prowincjusz, powiedzmy przybysz z Wyoming czy innego Idaho, to gwiaździsty sztandar mieni się w jego błyszczących oczach, a prawa ręka ze wzruszenia sama mu się kładzie na sercu i bezwiednie zaczyna on nucić hymn… A potem wraca egzystować dalej w swojej zapyziałej, kempingowej przyczepie, ale z przekonaniem, że na całym świecie nie masz ponad Amerykę!
Narodowy Pasaż oprócz uduchowienia dostarcza także miłych wrażeń innego typu, do których nawiązuje tytuł niniejszego tekstu. Otóż wszystkie muzea i inne atrakcje są dostępne całkowicie za darmo! Narodowa duma jest z założenia utrzymywana z budżetu federalnego — i tyle. W kraju, którego funkcjonowanie opiera się na zasadzie, iż „nie istnieje pojęcie darmowego obiadu”, może to rzeczywiście wywoływać gratisowy szok. W Nowym Jorku normalny wstęp do atrakcyjnego muzeum kosztuje blisko 20 USD, w Europie za wjazd na paryską wieżę Eiffla trzeba dać 11 EUR, etc. etc. Tymczasem w waszyngtońskim pasażu wszędzie napisy: free, free, free… Tylko mieć czas i zwiedzać.
Wysokość rzecz względna
Skoro już przywołałem wieżę Eiffla, to warto przypomnieć, iż odebrała ona tytuł najwyższej budowli na świecie właśnie Obeliskowi Waszyngtona. Ten kamienny szpikulec, zakończony czubkiem aluminiowym, nie miał inwestycyjnego szczęścia. Jego budowa zaczęła się w roku 1848 i skończyła na pierwszym etapie, a potem wybuchła wojna secesyjna. Po latach zastoju Kongres postanowił wspomóc skąpe datki dotacją budżetową i wreszcie w październiku 1888 r. budowla została przekazana publiczności, po czterdziestu latach wznoszenia. Mierzy sobie 169,29 m, dokładnie 555 stóp i 5 1/8 cala. Obelisk cieszył się światowym prymatem dosłownie kilka miesięcy, albowiem w 1889 r. stanęła dużo wyższa konstrukcja inżyniera Gustawa Eiffla. Waszyngton liczył, że szkaradna prowizorka w Paryżu wkrótce po wystawie światowej zostanie rozebrana, ale stało się inaczej…
Wewnątrz obelisku od samego początku kursuje winda, przez lata wymieniana na coraz nowszy model. Obecnie szyby kabiny są matowe, ale przy zjeździe stosowany jest świetny trik — na chwilę robią się one przejrzyste i w dolnej części szybu można podziwiać kamienie i tablice z dedykacjami poszczególnych stanów sprzed 150 lat, uznających obelisk za swoje zbiorowe dzieło. Wokół niego rozstawiono 50 masztów, na których zawsze wiszą narodowe flagi. Chętnych do spojrzenia na stolicę USA z góry jest w sezonie ogromnie dużo, dlatego specjalna gratisowa kasa musi wydawać miejscówki na konkretną godzinę wjazdu.
Nietypowość Waszyngtonu polega także i na tym, że został on ustawowo pozbawiony drapaczy chmur. Żaden budynek nie może być wyższy od… No właśnie, od czego? Istnieją w tej kwestii dwie szkoły, „falenicka” i „otwocka”. Dla ludzi Białego Domu jest oczywiste, że nad stolicą góruje Obelisk Waszyngtona. Dla każdego członka Senatu czy Izby Reprezentantów nie ulega natomiast wątpliwości, iż najwyżej sięga kopuła siedziby Kongresu na Kapitolu. Ten anegdotyczny spór jest potwierdzeniem waszyngtońskiej równowagi władzy ustawodawczej i wykonawczej.
Muzealna złota mila
W ofercie Smithsonian Institution — fundacji edukacyjnej istniejącej od 1846 r., na której czele z urzędu stoi prezydent USA — znajduje się obecnie 18 muzeów i galerii oraz waszyngtoński ogród zoologiczny. Holocaust Memorial Museum jest instytucją samodzielną, ale funkcjonuje na podobnych zasadach — wstęp jest wolny. Na każdą z tych placówek wypadałoby poświęcić przynajmniej pół dnia, albo i cały. Szczególnym wzięciem cieszy się Narodowe Muzeum Lotnictwa i Astronautyki (National Air and Space Museum), zlokalizowane w dwóch miejscach. Gmach przy pasażu mieści tylko mniejsze obiekty, wśród których hitem stała się oryginalna kapsuła Apollo 11. Bardziej widowiskowy jest specjalny hangar w oddziale muzeum przy lotnisku Dullesa w Wirginii (trzeba spory kawałek dojechać), gdzie sąsiadują tak różne obiekty, jak prom kosmiczny Enterprise (raczej już się nie wzniesie) i bombowiec B-29 Enola Gay, który zrzucił bombę atomową na Hiroszimę. Aha, co darmo to darmo, ale seans w muzealnym kinie Imax jest płatny ekstra, choć niedużo — 8 USD.
Najnowszym obiektem przy pasażu jest Narodowe Muzeum Indian Amerykańskich (National Museum of the American Indian), otwarte dwa lata temu na działce przy samym Kapitolu, a kosztujące 150 mln USD. Według dumnego kierownictwa placówki, oto za federalne pieniądze zobrazowany został holocaust rdzennych mieszkańców Ameryki.
Tam za Potomakiem
Na prawym brzegu rzeki, czyli już w Wirginii, znajduje się naturalne uzupełnienie waszyngtońskiego pasażu — Narodowy Cmentarz Arlington (Arlington National Cemetery), czyli takie nasze wojskowe Powązki. Od Mauzoleum Lincolna wiedzie doń most i aleja, którymi podążają wielkie pogrzeby. W 1921 r. cały Waszyngton odprowadzał prochy Nieznanego Żołnierza, a w 1963 — zamordowanego prezydenta Johna F. Kennedy’ego. Na jego grobie pali się gazowy wieczny płomień, widoczny na cmentarnym wzgórzu ze wspomnianej alei. W 1968 r. blisko brata spoczął senator Robert Kennedy, również zastrzelony przez zamachowca.
Wśród mogił z nowszych czasów zwracają uwagę symboliczne nagrobki załóg obu promów kosmicznych, Challengera i Columbii. Jedynym polskim akcentem na Arlington Cemetery było okresowe złożenie w 1941 r. trumny Ignacego Jana Paderewskiego, tylko do czasu odzyskania przez Polskę niepodległości. Ów specyficzny depozyt przechowywany był aż do roku 1992, gdy prochy wielkiego Polaka zostały sprowadzone do katedry warszawskiej.
I refleksja końcowa — tuż koło ogromnego cmentarza stoi Pentagon, czyli oddany w 1943 r. największy biurowiec świata, mieszczący Departament Obrony. Patrząc na to sąsiedztwo, pomyślałem, że jest ono bardzo logiczne — w owym gmaszysku podejmowane są decyzje, których finałem stają się kolejne rzędy białych słupków na Arlington. 11 września 2001 r. te dwie rzeczywistości tragicznie się przecięły, gdy w gmach Pentagonu trafił trzeci samolot spośród uprowadzonych tamtego dnia przez terrorystów. Ten czwarty, który spadł w Pensylwanii, przypuszczalnie wycelowany był w lewy brzeg Potomaku, ale nie tyle w sam Biały Dom, ile w owo niepozorne Zachodnie Skrzydło…
