FIRMOM TYTONIOWYM ZABRAKŁO CZASU

Małgorzata Zgutka
opublikowano: 2000-02-10 00:00

FIRMOM TYTONIOWYM ZABRAKŁO CZASU

Reemstsma Polska wyda ponad 4 mln zł na wycofanie z rynku materiałów reklamowych

Firmom tytoniowym nie udało się w czasie określonym przez ustawę o ochronie zdrowia przed następstwami palenia tytoniu usunąć z punktów sprzedaży wszystkich materiałów reklamowych. Dopiero teraz, spóźnione o ponad miesiąc, kończą akcję. W jej realizację każdy z koncernów musiał zainwestować co najmniej milion złotych.

Do 3 stycznia ze sklepów, kiosków z gazetami, barów i pubów powinny były zniknąć wszystkie materiały reklamowe firm tytoniowych.

— Musieliśmy usunąć mnóstwo gadżetów. Zaraz po uchwaleniu ustawy o ochronie zdrowia przed następstwami palenia tytoniu i wyrobów tytoniowych, która wprowadziła taki obowiązek, zaczęliśmy demontować podświetlane reklamy papierosów umieszczone nad kioskami i sklepami. Z pubów usunęliśmy popielniczki i podajniki na monety oraz wszystkie rzeczy, na których nadrukowane były firmowe napisy. Z szyb zeskrobaliśmy nalepki — relacjonuje Piotr Marczuk z BAT Poland.

Przyznaje, że akcja nie była łatwa. W Polsce jest ponad 150 tys. punktów sprzedaży. Właściwie w każdym znajdował się jakiś element związany z reklamą tytoniu.

— Umieszczane przez osiem lat w punktach sprzedaży gadżety, reklamowe musieliśmy usunąć w ciągu jednego miesiąca. Do pracy zabraliśmy się zaraz po podpisaniu ustawy przez prezydenta, czyli już w listopadzie, tydzień przed wejściem przepisów w życie — mówi Iwona Burszta z Reemtsma Polska.

Twierdzi, że przed świętami Bożego Narodzenia, kiedy to przedstawiciele handlowi zwykle ze zdwojoną siłą walczą o dobre wyniki sprzedaży, trzeba było zająć się innymi zadaniami. Wszyscy ludzie w terenie zostali oddelegowani do zbierania i usuwania reklam.

— Mimo tak szybkiego działania nie zdążyliśmy do 3 stycznia wycofać z rynku wszystkiego. Było to praktycznie niemożliwe do przeprowadzenia — żali się Iwona Burszta.

W firmie Philip Morris Polska, przed Gwiazdką żaden z przedstawicieli handlowych nie dostał urlopu.

— Pracowaliśmy w wariackim tempie, a mimo to do połowy stycznia usunęliśmy dopiero 40 proc. materiałów reklamowych —wspomina Elżbieta Gołąb z Philip Morris Polska.

Przyznaje, że handlowcy nie byli w stanie dotrzeć do wszystkich sklepów. Szczególnie do tych w małych miasteczkach i na wsiach.

— Wiele placówek używa naszych gadżetów nie mając podpisanych z firmą umów. Ich właściciele dostali je z sobie tylko znanych źródeł, dlatego nie wiemy dokładnie, gdzie mogą jeszcze znajdować się nasze podkładki na monety, czy popielniczki — dodaje Elżbieta Gołąb.

Przyznaje, że z tego powodu Krajowe Stowarzyszenie Przemysłu Tytoniowego wystosowało do właścicieli punktów handlowych list, w którym informuje ich o obowiązku usunięcia wszystkich związanych z papierosami gadżetów reklamowych.

— Tam, gdzie nie mogli dotrzeć przedstawiciele poszczególnych firm tytoniowych, list przekazywali sprzedawcom lokalni dystrybutorzy i hurtownicy — informuje Artur Dmochowski, dyrektor Krajowego Stowarzyszenia Przemysłu Tytoniowego.

Nie wszyscy oddali

Koncerny tytoniowe twierdzą, że ściąganie z rynku materiałów reklamowych nie obyło się bez problemów. Najwięcej przysparzali ich sami sprzedawcy. Wielu nie chciało rozstać się z potrzebnymi do pracy przedmiotami.

— Początkowo większość była oburzona, że najpierw dawaliśmy im te rzeczy, a teraz chcemy je zabrać. Z wielu sklepów i pubów nasi handlowcy zostali po prostu wyrzuceni — opowiada Iwona Burszta.

Twierdzi, że dopiero po dwóch tygodniach atmosfera wrogości opadła i przedstawiciele sklepów, barów i kiosków powoli zaczęli oddawać firmowe gadżety. Niektórzy zaryzykowali i po podpisaniu oświadczenia, że zostali poinformowani o karze, jaka grozi za używanie reklamówek firmowych, na własną odpowiedzialność pozostawili je w sklepie.

— Firmom tytoniowym, które nie wycofają z rynku swoich materiałów reklamowych grozi grzywna do 50 tys. zł. Jednak jeżeli sprzedawca nie miał podpisanej z firmą umowy i na własną rękę używał jej gadżetów, to wówczas on ponosi odpowiedzialność — tłumaczy Piotr Marczuk.

Kontroli nie będzie

Wycofywanie reklamówek z rynku nadzoruje Inspekcja Handlowa.

— Na bieżąco kontrolujemy punkty sprzedaży. W dużych miastach nie widać już materiałów reklamowych. Na razie tylko raz musieliśmy interweniować. Wystarczyło zwrócenie uwagi, by sprzedawca usunął plakat ze sklepu — informuje Grzegorz Wrzosek, zastępca dyrektora Wojewódzkiego Inspektora Handlowego.

Zdaniem Andrzeja Jóźwiaka, z biura Głównego Inspektora Handlowego, inspektorzy mają ułatwione zadanie. Nieprawidłowości w stosowaniu przepisów najczęściej zauważają i zgłaszają sami klienci.

— Gdy ludzie nam coś zgłoszą, oczywiście zareagujemy. Jednak na ten kwartał nie planowaliśmy żadnej centralnej kontroli. Być może za trzy miesiące przeprowadzimy inspekcję w celu sprawdzenia, jak w całym kraju przestrzegane są przepisy ustawy o ochronie zdrowia przed następstwami palenia tytoniu i wyrobów tytoniowych — zapowiada Andrzej Jóźwiak.

Spory koszt

Koncerny nie spodziewały się, że wycofywanie z rynku materiałów reklamowych pochłonie aż takie koszty.

— Ściągnięcie ich z rynku, transport i składowanie wyniesie ponad milion zł — szacuje Elżbieta Gołąb.

Przedstawiciele Reemtsma Polska przyznają, że akcja ta będzie kosztowała firmę jeszcze więcej — ponad 4 miliony zł.

GROCHEM O ŚCIANĘ: Przedstawiciele branży tytoniowej, w skład której wchodzi BAT Poland, reprezentowany przez Jacka Siwka, zgłaszali Ministerstwu Zdrowia i Inspekcji Handlowej, że termin wycofania gadżetów reklamowych z punktów sprzedaży był zbyt krótki. fot. ARC

KOMPLETNIE ZAWALENI: Wszystkie przedmioty reklamowe, które do tej pory wycofaliśmy z rynku leżą w naszych biurach sprzedaży. Na pewno w firmie nie zabraknie nam teraz popielniczek. Mamy ich pod dostatkiem — żartuje Iwona Burszta z Reemtsma Polska. fot. Małgorzata Pstrągowska