Sześć na siedem firm chce szybkiego przyjęcia unijnej waluty — wynika z badania Grant Thornton Frąckowiak
Złoty w czasie kryzysu zraził do siebie szefów firm. Denerwował ich głównie zmiennością kursu.
Przedsiębiorcy nie mogą doczekać się wprowadzenia w Polsce unijnej waluty. Aż 85 proc. szefów dużych i średnich firm chce zamiany złotego na euro — wynika z badania firmy doradczej Grant Thornton Frąckowiak. Przeciwny temu jest tylko co dziewiąty ankietowany.
— Druga połowa 2008 r. i początek 2009 r. był okresem, w którym kurs euro skoczył z 3,20 do 4,70, spędzając sen z oczu wielu przedsiębiorców. Z tygodnia na tydzień zmieniała się opłacalność kontraktów, rosły też koszty obsługi kredytów walutowych. Część firm zdecydowała się na opcje walutowe i długo tego nie zapomni. Polscy przedsiębiorcy dobrze pamiętają te doświadczenia — komentuje Tomasz Wróblewski, partner zarządzający Grant Thornton Frąckowiak.
Zapomnieć o kursie
Właśnie gwałtowne wahania kursu są głównym powodem, dla którego polscy przedsiębiorcy chcą pożegnać złotego. Ponad połowa ankietowanych szefów firm (55 proc.) wskazuje wyeliminowanie ryzyka kursowego jako największą korzyść z wejścia do strefy euro.
— Firmy albo zmagają się z ryzykiem, albo z kosztami ubezpieczenia się przed nim. To nie poziom kursu jest główną przeszkodą eksporterów i importerów, lecz jego nagłe wahnięcia. Zyskowny kontrakt nagle może przynieść firmie stratę. Tymczasem nawet do niekorzystnego kursu firmy z czasem się dostosowują — mówi Piotr Bielski, ekonomista BZ WBK.
Na drugim miejscu w rankingu korzyści płynących z rozliczania się we wspólnej unijnej walucie jest większa przejrzystość i porównywalność cen (17 proc. wskazań). Trzecią zaletą (14 proc.) euro według przedsiębiorców są niższe koszty transakcyjne, czyli koszty wymiany złotych na euro i odwrotnie. Na czwartym miejscu (8 proc.) jest dostęp do tańszego pieniądza, czyli niższe oprocentowanie kredytów. Przedsiębiorcy mogliby czerpać korzyści z kredytów w euro bez ich największej obecnie wady — ryzyka kursowego.
— Różnica między stopami procentowymi w Polsce i strefie euro jest bardzo wyraźna. U nas stawka międzybankowa to ponad 3 proc., w Eurolandzie niewiele powyżej 0. Ale nie należy tej różnicy traktować jako zasady. Nie można wykluczyć sytuacji, kiedy inflacja w strefie euro podskakuje i stopy procentowe idą w górę powyżej polskich — zaznacza Rafał Lerski, analityk Expandera.
Finanse na warsztat
Wydaje się jednak, że przedsiębiorcy są przesadnymi optymistami w kwestii przyjęcia euro. Najczęściej wymienianą przez nich datą integracji jest 2014 r. — obstawia ją 27 proc. ankietowanych. Tymczasem według ekonomistów, najwcześniejszym realnie możliwym terminem jest rok 2015.
— Najpierw musimy doprowadzić do porządku nasze finanse publiczne, żeby wskaźniki fiskalne (głównie deficyt) spełniały unijne wymagania. Kryzys poważnie popsuł nasze parametry i ich naprawianie zajmie kilka lat. Nie dziwi jednak, że przedsiębiorcy się pogubili. Politycy podawali już tyle dat, że łatwo było stracić orientację — mówi Piotr Bielski.
Ostatnio nawet rząd sugeruje, że rok 2015 jest scenariuszem optymistycznym.
— Przyjęcie euro w tym czasie jest możliwe, ale w tej chwili nie jest to naszym celem — przyznał w ubiegłym tygodniu Ludwik Kotecki, wiceminister finansów.
Jeszcze półtora roku temu Donald Tusk zapewniał przedsiębiorców, że Polska wejdzie do strefy euro w 2011 r. Plany te (choć już wtedy pierwszym technicznie możliwym terminem był 2012 r.) pokrzyżował kryzys, ale też brak porozumienia politycznego.
— Aby spełnić oczekiwania przedsiębiorców, konieczne jest nie tylko spełnienie kryteriów makroekonomicznych, ale też sprzyjająca architektura sceny politycznej. Czas to pieniądz. Należy mieć nadzieję, że wszystkie siły polityczne zaangażują się w działania, w tym trudne reformy finansów publicznych, które umożliwią jak najszybsze wejście Polski do strefy euro — mówi Tomasz Wróblewski.
Jacek
Kowalczyk