Firmy szukają recepty na mięsny armagedon

Maksymalne przychody, moc sieci czy utrzymanie marż – przetwórcy branży mięsnej różnie odnajdują się pośród drożejącego surowca

Tak źle w polskim mięsie jeszcze się nie działo. Polski Koncern Mięsny Duda po pierwszym kwartale zakończonym stratą wyszedł na 0,9 mln zł na plusie po półroczu (przy przychodach przekraczających 1 mld zł), a drugie Maciej Duda, prezes spółki, zapowiada jako trudne. Krzysztof Woźnica, prezes Zakładów Mięsnych Silesia, mówi, że sytuacja w branży jeszcze może się pogorszyć, choć jego spółka zarobiła na czysto przez pierwszych sześć miesięcy tego roku 10 mln zł przy przychodach sięgających 220 mln zł. Paweł Sobków, wiceprezes Zakładów Mięsnych Henryk Kania, jeszcze nie chce zdradzać wyników spółki, choć twierdzi, że będą „miłe”. Za ciężką sytuację przetwórcy winią spadające pogłowie i drożejący surowiec. Producenci ratują się różnie. PKM Duda po kilku latach nieobecności przeprosił się z kanałem nowoczesnym.

— Zaczęliśmy współpracę z sieciami handlowymi. Musimy jeszcze popracować nad lepszym pakowaniem mięsa — mówi Maciej Duda, prezes PKM Duda.

Spółka za cel postawiła sobie umocnienie pozycji w dystrybucji. Ostatnio uruchomiła hurtownię w Radomiu, a na mapie potencjalnych regionów działania ma 9 kolejnych miast.

— Chcemy zaistnieć w tych miejscowościach, w których konkurencja z dużymi sieciami handlowymi nie jest jeszcze bardzo ostra — mówi Dariusz Formela.

O formie wejścia na te rynki nie chce mówić, ale w grę wchodzi albo otworzenie następnych hurtowni, albo połączenie się z podmiotem z rozwiniętą dystrybucją na tym terenie.

— Prowadzimy rozmowy z kilkoma podmiotami zainteresowanymi taką fuzją. Różne spotkania w tej sprawie odbywam od około roku i trudno dzisiaj wyrokować, co z nich wyniknie — ucina Dariusz Formela.

Niemal całkowicie w moc sieci handlowych uwierzyły natomiast ZM Henryk Kania. Spółka rozpoczęła w tym roku intensywną współpracę z Biedronką i zdaniem Pawła Sobkowa, negocjuje z kolejnymi sieciami, w których jej jeszcze nie ma.

— Receptą na ciężką sytuację branży jest maksymalne zwiększanie przychodów ze sprzedaży. Wtedy, nawet jeśli ze względu na drożejący surowiec ma się niższą rentowność, to się zarabia — uważa Paweł Sobków.

— Nie chcemy patrzeć na biznes kategoriami przychodowymi, ale na wynik netto. Wolimy powoli zwiększać przychody i być zarówno w kanale tradycyjnym, jak i nowoczesnym — deklaruje Krzysztof Woźnica.

1,5 proc. Tyle wynosiła w 2011 r. rentowność branży mięsnej według danych GUS.

OKIEM EKSPERTA

Rozwiązanie krótkoterminowe to import

WITOLD CHOIŃSKI

prezes związku Polskie Mięso

Żywiec w Polsce jest o około 10 proc. droższy niż w UE, a coraz wyższe ceny pasz sprawiają, że hodowla przestaje się opłacać. Jednocześnie mamy 350 tys. hodowców, podczas gdy np. w Danii jest ich ok. 4 tys. i to ogromne rozdrobnienie tym bardziej nie sprzyja uzyskaniu jak najniższych kosztów produkcji. Krótkoterminowym rozwiązaniem jest import surowca, ale długoterminowo skrajnie niekorzystne jest uzależnianie się od dostaw surowca z zagranicy. Opracowujemy projekt, którego celem będzie stworzenie warunków do hodowli trzody chlewnej. Przykład możemy brać z Niemiec, które jeszcze pięć lat temu były importerem netto, a dzisiaj to my od nich kupujemy.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Michalina Szczepańska

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Inne / Firmy szukają recepty na mięsny armagedon