Frytki z ketchupem czy bez?

Paweł Cymcyk Manager Komunikacji Inwestycyjnej ING TFI
opublikowano: 2013-02-18 15:50

Po ostatnich doniesieniach można przypuszczać, że Warren Buffet zdecydowanie woli z ketchupem, choć upodobania kulinarne zapewne nie były jedynym powodem ogłoszonego przejęcia przez firmę miliardera marki Heinz, a więc legendarnego producenta ketchupu.

Buffet wraz z firmą 3G wyda na to przejęcie 23 miliardy dolarów, czyli w przybliżeniu tyle ile obecnie warte są KGHM i PZU… łącznie. Biorąc pod uwagę, że Heinz istniej od 1869 widać, że aby zbudować potęgę wystarczy trochę przecieru pomidorowego i 144 lata ciężkiej pracy.

Ta rekordowa transakcja w branży spożywczej pokazuje, że choć większość widzi zyski w nowych  technologiach, facebooku czy skomplikowanych produktach inwestycyjnych to stary dobry biznes konsumencki ma się dobrze i co ważniejsze jest zdecydowanie bardziej odporny na gospodarcze zawirowania. W końcu kto zacznie zaciskanie pasa od ketchupu?

Zaoszczędzić szybciej i więcej da się na ograniczeniu wydatków na telefon. Trwająca od kilku miesięcy wojna cenowa na polskim rynku telekomunikacyjnym rykoszetem uderzyła w akcjonariuszy TP S.A. Ogłoszenie silnie spadającej ilości gotówki, a co gorsza zmniejszenia dywidendy sprawiło, że zaledwie w trzy dni jej akcje straciły na wartości 40 %. Uwzględniając podobne negatywne zaskoczenie z października ubiegłego roku w skali 5 miesięcy spadek sięga już 60%. Tak niestety materializują się zawiedzone nadzieje inwestorów i akcjonariuszy, którzy od zawsze traktowali TPSA jako zamiennik obligacji, który regularnie będzie wypłacał sowitą dywidendę w granicach 9%. Taka Telekompromitacja jak złośliwi nazywają Telekomunikację negatywnie oddziałuje też na złotego, ponieważ w składzie akcjonariuszy telekomu obecni byli też inwestorzy zagraniczni. Rozczarowani kolejnym podłożeniem nogi będą zapewne chcieli zmniejszyć swoje zaangażowanie. Tylko, że na polskim rynku nie znajdą obecnie porównywalnego dywidendowego zastępnika, więc będzie to oznaczało chęć wycofania kapitału z polskiego rynku.

Zatem złotówki trzeba będzie wymienić na euro, a to osłabi krajową walutę. W krótkim terminie to zła wiadomość dla giełdy, ale w skali kilku miesięcy dobra dla całej gospodarki, bo słabszy złoty to konkurencyjniejszy eksport. Problem mógłby się pojawić przy osłabieniu złotego większym niż 4,20-4,25. Wtedy niepokój mógłby wkroczyć w portfele inwestorów zagranicznych obkupionych polskim długiem. Już teraz na europejskim tle nie jest on zbyt atrakcyjny, a każda większa walutowa zmiana pogorszy tą sytuację.

Siła waluty to bardzo ważny temat, w którym też toczą się ciche wojny. Po coraz głośniejszym nawoływaniu Banku Japonii do osłabienia jena, co ma wspomóc tamtejszą gospodarkę, coraz  głośniej mówi się o wznowieniu wojen walutowych, w których państwa prześcigają się w osłabianiu swoich walut. Takie wojny niestety nie mają nigdy zwycięzcy, bo większa zagraniczna konkurencyjność łączy się z wyższą krajową inflacją. Politycy i bankierzy zdają się rozumieć tą korelację, ale pokusa skorzystania do krótkoterminowej spekulacji jest bardzo duża.