W gronie G-10 silniejszy jest jedynie dolar nowozelandzki. Aprecjacja brytyjskiej waluty to pochodna tyle nieoczekiwanego, co dynamicznego ożywienia gospodarczego. Towarzyszy mu wzrost rynkowych stóp procentowych, który nie wywołuje zaniepokojenia ze strony władz Banku Anglii. Dziewięcioosobowy Monetary Policy Comittee pod wodzą Kanadyjczyka Marka Carneya jednogłośnie opowiada się przeciwko kontynuacji luzowania. Tymczasem, kilka miesięcy temu, na każdym spotkaniu za rozszerzeniem wartości programu skupu aktywów gremium w sprawie wartości programu QE było mocno podzielone: m.in. kilkakrotnie z rzędu przegłosowywany był w tej sprawie ówczesny gubernator banku — Mervyn King.
Konsekwencją pata była groźba dalszej utraty wiarygodności przez Bank of England. Dalszej, gdyż presja inflacyjna nieprzerwanie od końca 2009 r. przekracza cel, a pomimo zastosowania niekonwencjonalnych narzędzi w polityce pieniężnej, produkt krajowy brutto nie wrócił do wartości sprzed kryzysu. W takiej sytuacji rynek oczekiwał, że era Marka Carneya stać będzie pod znakiem rewolucji w polityce monetarnej i wynikającej z niej słabości funta. Nagła poprawa koniunktury odsunęła taką perspektywę, co podwójnie wspiera funta. Jego siła zostanie naszym zdaniem podtrzymana, ale nie w stosunku do dolara amerykańskiego. Najkorzystniej zdyskontować będzie ją można poprzez spadki EUR/ GBP oraz zwyżki GBP/JPY.