Chcesz serialowego sukcesu. Zawiści konkurentów. Chcesz się puszyć. No to przekonaj Ilonę Łepkowską, by opowiedziała jakąś historię. Na ekranie.
Puls Biznesu: Co intryguje Polaków?
Ilona Łepkowska: Nie jestem wyrocznią… Owszem, seriale, przy których pracuję, oglądają miliony, ale to nie znaczy, że wiem, co ludzi bawi, intryguje, wścieka. Ani nie mam „rządu dusz”, ani też nie umiem w Polaków dusze zajrzeć. Umiem za to opowiadać historie, których chcą słuchać. I w których odnajdują siebie.
„Wprost” uznał panią za jedną z pięciu polskich królowych wyobraźni. Podsuwa pani Polkom marzenia. Jakie?
Głównie te o szczęśliwej, partnerskiej rodzinie, udanych dzieciach, kochającym mężu. Sukces zawodowy pozostaje raczej na drugim planie, choć pokazuję i takie kobiece postacie, dla których jest najważniejszy. Prochu nie wymyśliłam. Niczego nie wymyślam: słucham, patrzę i przelewam na papier. A potem dbam o interesujący, ekranowy kształt. Tylko tyle.
To raczej tradycja wygrywa. A charaktery? Czy widzowie wolą widzieć przyzwoitych ludzi w przyzwoitych sytuacjach czy oczekują „pieprzu”: grzechu, zła, przemocy?
Kiedy siadają przed telewizorem, by odpocząć, wolą zerkać —mając wokół tyle zła i przemocy w codziennych wiadomościach — na świat poukładany, pozytywny i jasny. Uśmiechnąć się i wzruszyć. To rola seriali obyczajowych: ukazać obraz podobny do prawdziwego, ale lepszy. Czasem lubimy popatrzeć na coś złego, mrocznego. Na co dzień wolimy lepszą stronę życia.
Pani scenariusze to kury znoszące złote jajka. Jest na to recepta?
Dużo pracy, mało samozadowolenia, twarda ręka wobec współpracowników, wsłuchiwanie się w głos zwykłych ludzi, ukazanie, że każdy zasługuje, by się pochylić nad jego losem, choćby typowym. To, że najwięcej wymagam od siebie, daje przykład. Współpracownicy mogą się mnie bać albo uważać, że bywam zbyt wymagająca. Ale jeśli widzą, że nie odcinam kuponów od sukcesu, lecz nadal ostro zasuwam i nie odpuszczam, choćby to był odcinek 512, no to sami też wspaniale pracują. Proste.
A ghostwriterzy pomagają?
Jako producent i szef literacki zatrudniam innych scenarzystów — mniej lub bardziej samodzielnych. Niektórzy na przykład jedynie rozpisują wymyślone przez kogoś innego odcinki. Ale nigdy nie są anonimowymi murzynami; figurują jako autorzy czy współautorzy. Samemu można stworzyć kilkanaście odcinków, zamkniętą całość, ale porywać się na wieloletnią produkcję z setkami epizodów? To się nie sprawdza.
Jaki ma pani wpływ na obsadę?
W wypadku „M jak miłość”, a także nowego serialu, nad którym teraz pracuję, jestem też współproducentem wykonawczym. Odpowiadam właśnie za stronę artystyczną, czyli dobór twórców i aktorów. Od kilku lat przy „M jak miłość” to wpływ nawet zasadniczy. Podjęłam większość decyzji obsadowych. Jeśli wiem, że aktora uda się pozyskać, piszemy pod niego. Ale, bywa, że dopiero w czasie realizacji w pełni poznajemy jego możliwości, wtedy staramy się tak konstruować rolę, by wykorzystać jak najlepiej jego mocne strony. I ukryć te słabsze.
Od kiedy pisanie scenariuszy stało się dla pani biznesem?
Nie jest biznesem, choć tak zarabiam na życie od jakichś 25 lat. Biznes rządzi się zasadami ekonomii, a twórczość — często nieracjonalnymi regułami. Gdybym myślała w kategoriach zysku i strat, do dziś kontynuowałabym „Klan”, bo już po dwóch i pół roku byłam w stanie w dzień stworzyć odcinek — i to mając zajęte pracą jedynie pół mózgu. Nie, to nie znaczy, że „Klan” jest zły. Po prostu: rutyna bardzo ułatwiała mi pracę, „firma” świetnie działała i nadal działa — więc niby po co było to zmieniać? Właśnie z powodu tej rutyny odeszłam z „Klanu”, dlatego zaczęłam pisać „Na dobre i na złe”, a potem wymyśliłam „M jak miłość” i zostałam przy tym pomyśle także współproducentem. Teraz zajmuję się projektem nowego serialu i finansowo mi się to na razie zupełnie nie opłaca. Scenariusze… Nie, to nie biznes, lecz twórczość i pasja. Ale żyć się z tego da całkiem dobrze.
A biznesmeni w pani serialach?
Przez lata pracy przećwiczyłam wiele branż. W „M jak miłość” mamy gospodarstwo rolne, przetwórnię owoców, hotel, producenta okien, mieliśmy wypożyczalnię kaset, hurtownię… Ale ten serial to opowieść o ludziach i o tyle interesuje nas ich miejsce pracy, o ile wpływa ono na ich losy. Nie robimy przecież instruktażu dla small czy big biznesu. Obserwuję oczywiście to i owo. Prywatna przychodnia medycyny rodzinnej — to pomysł ostatnich lat. Chyba dobry przykład aktualności naszych scenariuszowych pomysłów.
Majętni w serialach Ilony Łepkowskiej to raczej czarne charaktery.
Fakt, jakoś tak się ostatnio układało, że ci bogaci nie są najbardziej kryształowi. Tak nam po prostu wyszło. Boże broń, nie mam nic przeciw ludziom, którzy sięgnęli po sukces, a przy okazji — po fortunę. Jak uczciwie, to czemu nie?
Pani marketingowe wykształcenie na co dzień się przydaje?
Kończyłam zarządzanie, nie marketing. Miałam sporo zajęć z psychologii, kierowania zespołem. Ale nic nie zastąpi doświadczenia. Studia bardziej przydają się w pracy producenta.
A zarządzanie swoim czasem? Taki typowy dzień pracy.
Wstaję rano i robię, co jest do zrobienia. Poza urlopem pracuję codziennie, nawet w niedzielę. Pisać umiem w każdych warunkach i o każdej porze — dopadam więc komputera w przerwach między spotkaniami. Jedno pewne: pracuję za dużo.
