Tym razem Gazprom postanowił stopniować napięcie — nie zdecydował się na wstrzymanie dostaw na Ukrainę, ale powoli, lecz nieubłaganie, przykręca kurek. Jak zwykle oficjalnym powodem są długi (choć dalibóg, trudno się zorientować, jak rzeczywiście wygląda ta sprawa, bo z Moskwy i Kijowa idą na ten temat sprzeczne sygnały), w tle zaś jest polityka. Nie wiadomo, na ile prawdziwa jest teza, głoszona przez Julię Tymoszenko, że rzeczywistym motywem przykręcania kurka jest wyeliminowanie z handlu gazem pośredników. Możliwe. Widać też wyraźnie, że Gazprom bezwzględnie wykorzystuje podziały polityczne na Ukrainie i wiele wskazuje na to, że główną poszkodowaną w tej rozgrywce będzie ukraińska premier. Rosja, przykręcając kurek, ryzykuje oczywiście swoją wiarygodność jako dostawcy surowców, ale robiła już tak kilkakrotnie i jak dotychczas nie spowodowało to popytu na gaz ze strony Europy. Rosja zyskuje za to argument za budową gazociągów omijających krnąbrne państwa, z którymi — zdaniem Gazpromu — nie sposób się dogadać w sprawach finansowych, tzn. Białoruś i Ukrainę. Gazociąg bałtycki i Południowy Potok nabierają w kontekście tego sporu nieco racjonalności. Z tego punktu widzenia stratedzy Gazpromu mogą nawet zacierać ręce, gdy Ukraina zacznie podbierać gaz tranzytowy.
Nieprzypadkowo zapewne do kolejnej eskalacji sporu doszło w powyborczym (dla Rosji) tygodniu. Wprawdzie zwycięzca rosyjskich wyborów (dziś szef rady dyrektorów Gazpromu) nie zasiadł jeszcze w prezydenckim fotelu, ale możemy już mówić o rozpoczęciu przekazywania władzy. Obecny rosyjsko-ukraiński kryzys to sygnał, że Władimir Putin zaczął już pakować rzeczy na Kremlu, ale na znaczącą zmianę polityki nie ma co liczyć. To także sygnał, że prawdopodobna teza, iż Dymitrij Miedwiediew jest większym liberałem niż jego poprzednik, nie może być podstawą do jakichkolwiek politycznych i ekonomicznych kalkulacji. Przekaz jest jasny: tu zmian nie będzie, a surowce energetyczne pozostają dla Rosji jedną z głównych politycznych broni.
Obecny konflikt zakończy się po spełnieniu tych dwóch zadań — uświadomieniu Europie ciągłości rosyjskiej polityki i jednocześnie podważeniu wiarygodności Ukrainy. Braku gazu nie trzeba się więc przesadnie obawiać. Można natomiast pokusić się o refleksję — jakże inaczej wyglądałaby sytuacja, gdyby udało się Polsce zakończyć rozmowy na temat kontraktu norweskiego. Argumentami przeciwko temu kontraktowi było to, że gaz byłby droższy, mielibyśmy go za dużo i trzeba by poszukać chętnych, którzy kupowaliby go z tego kontraktu. Dziś widać, że szansa na znalezienie odbiorców norweskiego gazu była. Tyle że po siedmiu latach ten problem wciąż jest jeszcze przed nami. Rosjanie mają go już za sobą.
Adam Sofuł