O ile inwestycje w bloki gazowe produkujące wyłącznie prąd już od dawna nie dają nadziei na zyski, o tyle inwestycje w bloki gazowe produkujące i prąd, i ciepło (czyli kogeneracyjne) takie nadzieje dawały. I miały być realizowane. Do wczoraj. Wczoraj Tauron ogłosił, że rezygnuje z budowy bloku parowo- -gazowego w Katowicach, o mocy 135 MW. Powód? Pieniądze.
„Zamawiający zamierzał przeznaczyć na projekt 659 mln zł brutto, a ze złożonych trzech ważnych ofert najniższa miała wartość 790 mln zł” — głosi komunikat Tauronu.
Zdaniem specjalistów, wyjaśnienie brzmi wiarygodnie.
— Tauron ma napięty budżet inwestycyjny w związku z rysującą się na horyzoncie budową bloku węglowego w Jaworznie za 5,4 mld zł brutto — zauważa jeden z ekspertów energetycznych, chcący zachować anonimowość. Zmotywowana jest natomiast PGE, choć ma realizować inwestycje w Opolu, za 11 mld zł. Z rozesłanego wczoraj zaproszenia na konferencję prasową wynika, że dziś energetyczna grupa zamierza poinformować o zawarciu umowy z PGNiG. Nieoficjalnie wiadomo, że chodzi o kontrakt na dostawy gazu do nowego bloku gazowo-parowego w Gorzowie (też 135 MW, podobnie jak w Katowicach). Przetarg na budowę tego bloku wygrało konsorcjum Siemensa, z ceną ponad 844 mln zł brutto (czyli wyższą niż cena z ofert na Katowice).
— Obie inwestycje są podobne, więc rozbieżne podejścia zamawiających wynikają po pierwsze — z odmiennych możliwości finansowych, a po drugie — z wiary lub braku wiary we wprowadzenie systemu wsparcia dla kogeneracji — uważa nasz rozmówca. Bloki kogeneracyjne mają bowiem dostać wsparcie w postaci pomarańczowych certyfikatów. Do tego potrzebne jest jednak uchwalenie przez parlament dużego trójpaku. Prace legislacyjne się przeciągają.