Energia elektryczna wyłącznie na giełdzie? Na takie prawo nie ma szans. Posłowie i rząd chcą uregulować rynek do końca marca.
Zmiany w prawie energetycznym, które mają zmusić producentów prądu do handlowania na rynku publicznym, jeszcze nie doczekały się uchwały Sejmu. Pomysłodawcy optymistycznie zapowiadali wprowadzenie nowych reguł prawie od początku roku. Teraz mówi się o przyjęciu ustawy do końca marca. Rozbieżności wciąż jest bardzo wiele.
W ubiegłym tygodniu pod obrady sejmowej Komisji Gospodarki został skierowany projekt nowelizacji firmowany przez Antoniego Mężydłę, posła PO. To najbardziej radykalna koncepcja. Zakłada objęcie obowiązkiem handlu na giełdzie całej energii produkowanej w kraju.
— Jestem gotowy na ustępstwa. Kompromis nie pójdzie jednak dalej niż projekt rządowy, który trafi do komisji równolegle z moim — zapowiada Antoni Mężydło.
Wersja rządowa, nad którą pracuje resort gospodarki, będzie jednak bardzo odległa od propozycji poselskiej.
— Chcemy, aby obowiązek dotyczył wyłącznie energii objętej niegdyś kontraktami długoterminowymi, a obecnie — pomocą publiczną — wyjaśnia Joanna Strzelec-Łobodzińska, wiceminister gospodarki.
To oznacza, że ustawa ma regulować około 40-50 proc. obrotu. Najwięcej dotowanej energii sprzedaje Polska Grupa Energetyczna. Rocznie pobiera z publicznej kasy 1,3 mld zł wsparcia. W przyszłości wolumen energii sprzedawanej w sposób regulowany będzie malał, bo producenci będą pobierać coraz mniejsze dotacje.
Druga istotna różnica dotyczy rynku, na jakim ma być sprzedawana energia. Antoni Mężydło proponuje giełdę. Resort gospodarki jest jednak znacznie bardziej liberalny.
— Dopuszczamy wszelkie formy publicznej sprzedaży — giełdę, aukcje, przetargi, platformy obrotu — zaznacza Joanna Strzelec-Łobodzińska.
Takie rozwiązanie może nie zmienić sytuacji dużych odbiorców energii. A głównie z myślą o nich przygotowywana jest nowela ustawy. Najwięksi klienci energetyki, przytłoczeni podwyżkami cen prądu, liczą, że nowe prawo zapewni im dostęp do rynku i niższe ceny. Obawiają się jednak, że ani obowiązek giełdowy, ani przetargi nie rozwiążą ich problemów. Liczą na wzmocnienie Urzędu Regulacji Energetyki (URE), który miałby hamować apetyty firm energetycznych.
— Wcale nie jesteśmy pewni, że obowiązek spowoduje spadek cen. Możemy również kupować energię w przetargach. Ważne jednak, żebyśmy byli do nich dopuszczani. Na giełdę mogłoby trafiać 30 proc. energii, drugie tyle na aukcje nadzorowane przez URE, a reszta może być sprzedawana w kontraktach dwustronnych. Regulator musi jednak mieć wpływ na ceny giełdowe, żeby odzwierciedlały faktyczny poziom kosztów produkcji energii — mówi Henryk Kaliś, przewodniczący Forum Odbiorców Energii Elektrycznej i Gazu.
Agnieszka Berger