Krajowe giełdy zbiorowo i solidarnie przestały być barometrem koniunktury gospodarczej w poszczególnych państwach. Stały się pasem transmisyjnym Wall Street, zaskakując inwestorów. Taki jest, niestety, urok współczesnych rynków finansowych. Są one wehikułem globalnego rozpowszechniania się złych i dobrych wiadomości z Nowego Jorku i Londynu. W polu tego globalnego rażenia znajdują się zarówno rynki wschodzące, jak i dojrzałe.
Taki stopień oderwania się bessy i hossy od realnych stanów gospodarki jest od lat przedmiotem ekonomicznych analiz, bezpłodnych w szukaniu środków zaradczych. Inspiruje lewicową i alterglobalistyczną krytykę współczesnego kapitalizmu, ale także ona kończy się na zadymach oraz ponawianym haśle podatku od spekulacji giełdowych, który natury rynków finansowych i tak nie odmieni. Wszystkie wynalazki, zwane nowymi produktami finansowymi, nieuchronnie rozrywają więź staromodnych akcji z kondycją firm i stanem koniunktury.
Ów rozdźwięk sfery realnej i giełdowych wycen ujawnił się z całą mocą w Polsce. Klienci warszawskiej giełdy, wczytani w kwartalne sprawozdania finansowe — odzwierciedlające zyski spółek na miarę koniunktury — poczuli się zaskoczeni importowanym krachem w równym stopniu, jak żeglarze nagłym sztormem na Mazurach. Nasz rynek znieczulił się na politykę, co w obecnych warunkach jest równoznaczne ze sztuką przeżycia. Niestety, im bardziej będzie nadążał za nowinkami finansowymi, tym bardziej będzie podatny na globalne wirusy. I nie ma na to rady.
Janusz Lewandowski
europoseł Platformy Obywatelskiej