Głośne wpadki krajowych maklerów

  • Andrzej Stec
07-05-2010, 14:32

Nie tylko na Wall Street się mylą. Oto kilka dziwnych przypadków z krajowego podwórka.

Czwartkowe wydarzenia na Wall Street na długo zapiszą się w pamięci inwestorów. Widok spadającego o 9 proc. Dow Jonesa czy o 13 proc. futures na indeks giełdy tokijskiej zdarza się raz na 10 lat. A wszystko przez dziwne zlecenia wygenerowane ponoć przez system informatyczny jednego z brokerów (władze Nasdaqa już zapowiedziały ich anulowanie). Przypadek? Osobiście nie wierzę w tak kosztowne „przypadki”, co wcale nie oznacza, że ich nie ma. Oto kilka dziwnych przypadków z krajowego podwórka.
Pod koniec lat 90-tych pewien makler pracujący w dużym, krajowym biurze maklerskim sprzedawał w imieniu dużego klienta akcje mało płynnej spółki. Pech chciał, że pracował na klawiaturze pamiętającej hossę z lat 1993-94. Wysyłając zlecenie na giełdowy parkiet, nacisnął energicznym ruchem przycisk „enter". Jakież musiało być jego zdziwienie, kiedy wciśnięty przycisk nie „odskoczył", a komputer wciąż powielał złożoną dyspozycję sprzedaży. Makler z linijką w ręce walczył z klawiaturą parę sekund. W tym czasie na giełdzie powstało małe zamieszanie, a kurs spółki zaliczył głębinowe nurkowanie.

Tuż po hossie internetowej z 2000 roku, mała, ale kosztowna wpadka przydarzyła się maklerowi z innego krajowego biura maklerskiego. Handlował futuresami na WIG20. Pewnego razu przyjął od klienta zlecenie sprzedaży jednego kontraktu po 1410 pkt. Tego dnia atmosfera na giełdzie była nerwowa. Specjalista zrobił „czeski błąd". Przekazał na parkiet dyspozycję sprzedaży 1410 kontraktów z limitem 1 pkt. W ciągu sekundy kurs kontraktów na giełdzie załamał się. Zatrzymał go dopiero system informatyczny GPW, który po spadku o 10 proc. zawiesił handel.
W 2005 roku, na spokojnej sesji warszawskim parkietem zatrzęsło. Ktoś złożył potężne zlecenie na akcje PKN Orlen. W jednej chwili kupił za ponad 7 mln zł ponad 150 tys. akcji, windując w ciągu sekundy kurs Orlenu o 8,5 proc. do historycznego rekordu. Po sesji okazało się, że zlecenie, które zatrzęsło całą giełdą, wysłał przemęczony pracownik DM BZ WBK. Miał przy tym pomylić spółkę, na którą wystawił zlecenie, i limit ceny, po której był gotów kupić akcje. Błąd kosztował biuro maklerskie kilkaset tysięcy złotych.
Jedna z najgłośniejszych i najbardziej bulwersujących spraw miała miejsce 4 lutego 2004 roku. I raczej nie miała nic wspólnego z wpadką, a - według ówczesnego szefa KPWIG, Jacka Sochy - była zwykłym oszustwem i manipulacją. Przypomnijmy aferę określaną mianem „100 sekund”:
4 lutego pracownik DM PO BP złożył duże zlecenie sprzedaży na rynku futures na WIG20. Załamał kurs kontraktów, uruchamiając po drodze zlecenia innych inwestorów typu „stop loss”. Po chwili ta sama osoba złożyła przeciwstawne zlecenie zakupu, tym razem windując kurs kontraktów (później tłumaczył się tym, że chciał naprawić swój błąd). Wszystko to trwało 100 sekund. W tym czasie firma zarejestrowana w jednym z rajów podatkowych, której pełnomocnikiem był kolega pracownika DM PKO BP, zarobiła na całym zamieszaniu, kosztem pozostałych uczestników rynku około 2,6 mln zł.
Do tej pory nikogo nie ukarano. DM PKO BP zaoferował poszkodowanym klientom ... zniżkę na opłatę za prowadzenie rachunku (kilkadziesiąt złotych). Co ważne, ówczesny szef GPW ani myślał o anulowaniu feralnych zleceń, przewidując, że w najlepszym razie minął lata, aby sąd „kogokolwiek ukarał”.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Andrzej Stec

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Inne / Głośne wpadki krajowych maklerów