Głuchy telefon strąca z wozu

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2013-04-22 00:00

Pozbycie się Mikołaja Budzanowskego było łatwe politycznie, bo nie dotyczyło jakiegoś barona PO i nie naruszało interesów żadnej z partyjnych spółdzielni i koterii

Dwa tygodnie temu komentarz po gazowej eksplozji tzw. memorandum, zakończyłem zdaniem „Dlatego od pięciu wspomnianych osób mamy prawo oczekiwać uzgodnienia i ogłoszenia dokładnego kalendarium — kto, kiedy i co wiedział…”.

Ową piątkę tworzył tercet rządowy Donald Tusk, Janusz Piechociński i Mikołaj Budzanowski z parą biznesową Grażyna Piotrowska-Oliwa (PGNiG) i Mirosław Dobrut (EuRoPol Gaz). Ogłoszony w piątek raport ministra spraw wewnętrznych Bartłomieja Sienkiewicza postulowane kalendarium zawiera, chociaż w kilku miejscach śledczy bezradnie rozkłada ręce.

Mimo wmontowania tez osłaniających osobę premiera, raport potwierdził gazowe samoośmieszenie się decyzyjnej klasy polityczno-biznesowej. Głuchy telefon strąca jednak z wozu tylko niektórych rozmówców. Absolutnie nietykalny pozostaje sam Donald Tusk, ponoszący przecież personalną odpowiedzialność za dobór autorskiego rządu.

Odcięcie się od Mikołaja Budzanowskiego i wyrzucenie go za „wykonywanie funkcji nadzorczych nad spółkami skarbu państwa w sposób niewystarczający” fikcyjnie stawia między ministrem a premierem grubą krechę. A przecież w nieskalanie szefa rządu wiedzą o memorandum nikt nie wierzy, wszak codziennie trafia do jego rąk tajny raport służb!

Niepodważalna jest także pozycja koalicjanta Janusza Piechocińskiego, który szczegółową wiedzę o memorandum uzyskał w wigilię podpisania, ale wzruszył ramionami, bo to resortowo… nie jego małpy. Spać spokojnie może również bezpośredni sygnatariusz, Mirosław Dobrut z EuRoPol Gazu, albowiem w owej kuriozalnej spółce obowiązuje decyzyjna jednomyślność, a Gazprom nie pozwoli tknąć Polaka, dzięki któremu odniósł strategiczną korzyść. Z piątki „dzieci we mgle” zostaje jeszcze prezes Grażyna Piotrowska-Oliwa. Cóż, w środę planowo odbywa się walne zgromadzenie PGNiG…

Koniec rządowej kariery Mikołaja Budzanowskiego obala pewien mit. Archeolog stopniowo wessany przez politykę starał się przestrzegać etosu służby cywilnej — urzędnika umiejącego bronić racji, odpornego na naciski, uczciwego i będącego tytanem pracy.

Szukający następcy Aleksandra Grada w trudnym skarbie premier Donald Tusk postawił na dotychczasowego wice, doceniając właśnie jego wspomniane zalety. Przed nowym szefem resortu postawił zadanie przewietrzenia państwowych spółek i obsadzania ich ludźmi o podobnych do niego cechach. Archeolog szybko jednak nadział się na miny, głównie w obszarze energetyki, i stał się w rządzie dyżurnym kandydatem do odwołania.

Do czasu memorandum jego największą wpadką była niewiedza o prawdziwej sytuacji PLL LOT. Tamtą lotniczą władca warunkowo darował, ale gazowej już nie. Zwłaszcza, że pozbycie się Mikołaja Budzanowskego było łatwe politycznie, bo nie dotyczyło jakiegoś barona PO i nie naruszało interesów żadnej z partyjnych spółdzielni i koterii.