Gminy wchodzą na ślizgawkę

Jacek Zalewski
opublikowano: 2002-05-24 00:00

Zgłaszane przez koalicję SLD-UP jeszcze w kampanii wyborczej hasło bezpośrednich wyborów wojtów i burmistrzów było równie chwytliwe politycznie, co wątpliwe merytorycznie. Sami wnioskodawcy chcieli przeprowadzić ten ryzykowny eksperyment najpierw na mniejszych gminach, liczących do 20 tys. mieszkańców. Przekazanie zarządzania wielkim publicznym majątkiem w ręce jednego, niezależnego przez cztery lata człowieka, jest totolotkiem. Jeśli gminie uda się wybrać uczciwego i pracowitego — to trafiła szóstkę. Jeśli jednak po kilku miesiącach z burmistrza wyjdzie hochsztapler — to klęska.

Przez pół roku legislacyjna para Sejmu poszła w gwizdek, a kreatywność posłów skupiła się na procedurze wyborczej. Takiej determinacji, jaką SLD wykazał w walce o zamotanie ordynacji, aby maksymalnie ułatwić wybór własnych wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, jeszcze nie notowano w historii parlamentu III RP. Na szczęście Sejm uchwalił dwie tury wyborów. Nawet wierna UP tym razem nie mogła znieść aż takiej ustawodawczej bezczelności i przyłączyła się do rozsądnej większości.

Niemal w ogóle nie została merytorycznie zmieniona ustawa z 8 marca 1990 r. o samorządzie gminnym. Przetrwała trzy kadencje, miała już kilkadziesiąt nowelizacji, ale przy takiej zmianie filozofii samorządu powinna zostać uchwalona od nowa. Oto tylko jeden przykład potencjalnego i niemal natychmiastowego konfliktu między radą gminy a wybranym przez społeczeństwo wójtem — o jego wynagrodzenie! Dotychczas kwestia ta była uregulowana — rada była pracodawcą, uchwałą nawiązywała i rozwiązywała z wójtem stosunek pracy z wyboru, również uchwałą ustalała pensję. Obecnie stosunek pracy nawiążą mieszkańcy i tylko oni w referendum mogą własnego pracownika zwolnić. Jednak pensję pozostawiono radzie...

Klęska, jaką poniósł SLD w walce o ordynację, jest niczym wobec klęski, jaką co najmniej kilkuset gminom w Polsce może przynieść nowa ustawa wkrótce po wyborach.