„Umarł król. Niech żyje król”. Pożegnalne posiedzenie rządu Leszka Millera jeszcze przed nami, a już niektórzy pytają: Miller, Miller, a kto to taki? No cóż, polityka. A polityka to taka niekoniecznie nazbyt wierna kobieta. Wszyscy więc pospiesznie osuszają nieszczere łzy i próbują odnaleźć swoje miejsce w nowym rozdaniu, w nowej układance. Tym bardziej że obrazek niby trochę po liftingu, ale znaczna część klocków to te stare, znane, poszczerbione, a nawet te nowe wydają się dziwnie znajome, i nawet jeżeli nie są „te same”, to są „takie same”.
Marek Belka ma już coraz większą jasność w „temacie rządu”. Zostawił, co prawda, kilka resortów dla ewentualnych koalicjantów z PSL czy innych jeszcze bardziej egzotycznych ugrupowań, ale trzon wydaje się skonstruowany. W gronie kandydatów już trwają dyskusje i targi o pełnomocnictwa poszczególnych resortów, ale to, na tym etapie, normalne.
Wszystko wskazuje więc na to, że 2 maja profesor Belka zostanie zaprzysiężony na premiera, że zostanie poskładany —w takim składzie jak piszemy obok, czy też nieco innym — nowy, stary, rząd (sejmowe wotum zaufania, na które ma niezbyt duże szanse, to osobna historia). Pierwsze zdjęcie każdego nowego rządu, ze względu na kompozycję (ten kucnął, tamten leży, inny się wychyla), nazywa się zdjęciem partyzanckim. Zdjęcie tego rządu trzeba by chyba nazwać saperskim, albo „owadzim” (od jętki jednodniówki, która — jak sama nazwa wskazuje — żyje jeden dzień). W każdym razie może to być fotograficzny rarytas, bo zbyt wielu okazji do fotografowania rządu premiera Belki może nie być.